Prekognici z „Dziennika”
Reporterzy pracujący dla polskiej filii koncernu Axel Springer próbują przekonać czytelników, że są jasnowidzami.
Twierdzą wprost, że są w stanie przewidzieć, jak zachowa się polska gospodarka po zmianie stawek podatkowych. Oni po prostu wiedzą, jak kształować będą się ceny w następnym roku. Oto co możemy przeczytać:
Jeśli minister finansów Zyta Gilowska nic nie zrobi, od 2008 roku czeka nas fala podwyżek. W górę pójdą przede wszystkim ceny żywności. Ale nie tylko, bo więcej zapłacimy też za podręczniki i czasopisma. Powód? Wzrosną stawki VAT.
I dalej:
Ale to dopiero początek. Prawdziwej drożyzny możemy spodziewać się od maja przyszłego roku. Wtedy w górę pójdzie VAT na artykuły rolne – zamiast 3 proc. będziemy płacić aż 7 proc. To oznacza, że ceny żywności będą wyższe o co najmniej 4 proc. I chodzi tu nie tylko o warzywa czy owoce, ale także o chleb, mięso, wędliny czy nabiał.
Pod tekstem znajduje się sugestywna tabelka z dokładnymi cenami z roku 2008 (np. chleb dziś – 2,30 zł, chleb po zmianach – 2,46 zł).
Jajako zwykły człowiek
Już sama próba przepowiedzenia tego, jak wyglądać będą ceny żywności za rok, jest dość odważna. Ceny są rezultatem działania setek czynników, z których bieżące opodatkowanie może być tym najstabilniejszym ale z pewnością nie jedynym i najważniejszym. Rozumiem, że kwoty z tabelki to tylko szacunki ale dlaczego w takim razie podane są w formie prawdy objawionej?
Odpuszczę jednak powyższe. Szacunki to szacunki, służą przede wszystkim obrazowaniu jakieś tezy. Problem w tym, że samo rozumowanie, którymi te wyliczenia są podparte, jest błędne. Autor (autorzy?) tekstu popełnili bardzo powszechny błąd i założyli, że cena to takie coś, co można konsumentom po prostu narzucić. VAT zwiększony o 4 punkty procentowe? Podwyższamy więc ceny o 4 punkty procentowe i dalej wszystko toczy się tak samo jak wcześniej. Żadnych konsekwencji, klienci przyjmują zmiany na klatę niczym Ronaldo futbolową piłkę.
Płacą obie strony
Rzeczywistość jest, jak zwykle, nieco bardziej skomplikowana. Niezależnie od tego, kto według ustawowego zapisu jest płatnikiem danego podatku, dla każdej opodatkowanej transakcji łączny wpływ obciążeń fiskalnych przenoszony jest na obie strony, zarówno sprzedawcę jak i konsumenta. To, kto odczuwa problem mocniej, determinowane jest przez wiele czynników, takich jak elastyczność popytu i podaży, forma opodatkowania i sposób, w jaki owo opodatkowanie jest przez obie strony postrzegane (któraś ze stron może wyrazić silniejszy sprzeciw wobec prób przerzucenia obciążeń wyłącznie na nią).
Czy mówimy o podatku VAT, czy o podatkach nałożonych na pracę, takich jak składki płacone ZUSowi, czy też o akcyzie, sytuacja co do zasady wygląda podobnie. Postaram się zobrazować to prostym przykładem.
Ogórki
Przyjmijmy, że przy obecnej sytuacji na hipotetycznym rynku ogórków kiszonych konsumenci gotowi są zakupić 10 tysięcy słoików. Obecne ceny uwzględniają już istniejące obciążenia podatkowe, np. VAT i podatek dochodowy, który odprowadzić będą musieli sprzedawcy. W pewnym momencie wkracza Ministerstwo Finansów i podwyższa VAT z 10% na 20%. Czy cena słoika ogórków wzrośnie o 10 punktów procentowych? Niekoniecznie.
Prawdą jest, że sprzedawcy dążyć będą do odbicia sobie dodatkowej różnicy pomiędzy ceną, a kwotą, którą zyskują po odliczeniu podatku. W tym celu podwyższą ceny. Z drugiej strony jednak do akcji przystąpią konsumenci, którzy ze względu na podwyżki powstrzymają się od zakupu pewnej liczby słoików. Mniej zakupionych słoików oznaczać będzie mniejszy łączny przychód dla sprzedawców. Gdyby więc chcieli oni po prostu podwyższyć ceny o 10 punktów procentowych, to nie odbiliby sobie zmian w obciążeniach fiskalnych, za to skazaliby się na mniejsze wpływy ze sprzedaży. Co więc mogą zrobić?
Cóż, większość dóbr, które oferowane są w nowoczesnej gospodarce to dobra szybkozbywalne, czyli z tak zwanego segmentu FMCG (Fast Moving Consumer Goods). Marże są tu stosunkowo niewielkie, a przychód wypracowuje się przede wszystkim poprzez wysoki obrót. Sprzedawcy, stosując sobie tylko znane modele, od najprostszych do najbardziej skomplikowanych, starać się będa wyznaczyć nową cenę, która po przemnożeniu przez spodziewaną wielkość sprzedaży da najwyższe wpływy. Oznacza to, że w wielu przypadkach wzrosty cen nie będą tak duże, jak na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło po przeanalizowaniu zmian w stawkach podatkowych. Może się po prostu okazać, że nie warto rzucać się na portfele klientów by za bardzo nie naruszyć samej wielkości obrotu.
W przypadku zapowiadanych zmian w podatku VAT sytuacja jest o tyle skomplikowana, że dotkną one całego rynku żywności. Towary tego typu są zazwyczaj dobrami pierwszej potrzeby (jeść nie muszą tylko super-mnisi w stanie nirwany), tak więc ich ceny mogą wzrosnąć dość znacznie (ale w granicach zmian stawek podatkowych), a przekonają się o tym sprzedawcy dóbr droższych, jak elektronika czy sprzęt AGD. Najpierw chleb, potem pralka.
Niezależnie jednak od rzeczywistych wzrostów cen, dodatkowy podatek zapłacą zarówno konsumenci, jak i sprzedawcy. Nawet gdyby całość wzrostu stawek VATu została przerzucona na ceny (znów, jest to mało prawdopodobne), to stratne będą obie strony. Klienci przy niezmienionych dochodach będą mieli do dyspozycji mniej zasobne koszyki dóbr. Sprzedawcy, z kolei, upłynnią mniejszą ilość oferowanego towaru, co wiązać się będzie z mniejszymi wpływami do firmowych kas. Może się nawet okazać, że jedyny beneficjent zmian, czyli budżet polski i unijny, łącznie na całej operacji straci. Wyższe ceny oznaczać będą przecież mniejszą liczbę transakcji podlegających opodatkowaniu.
Najważniejsze jest jednak to, że nowa struktura cen na rynku jest w zasadzie niemożliwa do precyzyjnego określenia.
Fantastycznie!
Szanowni reporterzy, nie martwcie się, w trakcie pisania nie zapomniałem też o was. Czy nie sądzicie, że ze swoimi zdolnościami marnujecie się tam, gdzie obecnie pracujecie? Szklane kule są, delikatnie mówiąc, trudne do zdobycia, a większość banków inwestycyjnych zapłaciłoby każdą kwotę, by mieć takie urządzenie. Sprawdźcie więc czy wasze CV są aktualne, uzupełnijcie braki w rubryce „zdolności paranormalne” i dalej śmiało na podbój rynków finansowych! Zdecydowanie czas na zmianę pracy.
Marki za markę czyli dygresja
Nie wiem, czy wzmiankowany tekst pochodzi bezpośrednio z „Dziennika”, czy też jest remiksem artykułu opublikowanego w „Fakcie”, na który to tabloid powołuje się notka. Portal dziennik.pl nie podaje dokładnego źródła. Od razu przychodzi mi na myśl pytanie, którego adresatami są osoby odpowiedzialne za zarządzanie markami „Dziennik – Polska Europa ?ąwiat” i „Dziennik Online”. Jeśli miał to być typowo tabloidowy tekścik, to może warto było pomyśleć o wyraźnym zaznaczeniu skąd pochodził?
Do tej pory sądziłem, że „Dziennik” to brand, który ma obiecywać coś więcej niż tanią sensację dla pasażerów tramwajów (bez urazy, sam lubię korzystać z tego środka transportu). Reklamowany był przez intelekutalistów, a skierowany miał być do inteligencji, niezależnie od tego, czy to słowo dziś jeszcze cokolwiek oznacza. Dlaczego więc, drodzy brand menedżerowie, robicie wodę z mózgu czytelnikom, którzy przynajmniej usiłują mieć jakieś aspiracje?
Utworzono: 06.03.2007, 12:21 w Od Marksa do Rothbarda, Poranne zrzędzenie.
Komentarzy: 1 | RSS z komentarzami
Trackback URL:
http://michal.gancarski.com/zabie-udka/blog/prekognici-z-dziennika/trackback/
Komentarze
Komentarz od Przemek
Kiedy: 15 marca, 2007, 12:44
Michale, widocznie do Dziennika przeniósł się spec od emerytur z Faktu, który odkrył swego czasu i zapałał świętym oburzeniem, że kobiety mają niższe emerytury zapominając o okresie składkowym.
Skomentuj wpis