Main menu:

Wyszukaj

Kategorie

Archiwum

Doktor Judym? Nie, dziękuję.

I swear by my life and my love of it that I will never live for the sake of another man, nor ask another man to live for mine.

W zbiorze najbardziej znanych postaci stworzonych przez Stefana Żeromskiego można odnaleźć Judyma, głównego bohatera „Ludzi bezdomnych”, młodego medyka i niepoprawnego idealistę. Judym był jednym z tych nieszczęśników, którzy uważają, że istnieje sprzeczność pomiędzy interesem własnym, a interesem cudzym, że nie można dbać o własne dobro, a jednocześnie czynić dobrze innym. Postać ta przyszła mi na myśl, gdy na jednym z internetowych forów przeczytałem taką oto wypowiedź (polskie znaki poprawione):

Nawet gdyby większość lekarzy brała, to robienie smrodu wokół nich jest kurewstwem dziennikarskim. Czemu? Ano:

  1. Za koszmarnie trudne studia i ciężką, ryzykowną pracę dostają tyle miesięcznie, co oskarżający ich dziennikarz dniówki.
  2. Ma to podzielić spoleczeństwo, by żądania podwyżek przez lekarzy nie spotkały się z przychylnością społeczeńśtwa.

Dyskusja dotyczyła oczywiście łapówkarstwa wśród lekarzy. Nie mnie oceniać rozmiar zjawiska, bo nie posiadam żadnych szacunkowych danych. Nie są mi zresztą one potrzebne. Mam to szczęście, że z usługami medycznymi świadczonymi przez placówki publiczne w zasadzie się nie stykam, nie licząc krwiodawstwa, które regularnie uskuteczniam. Mogę tylko dyplomatycznie stwierdzić, że jak zwykle znajdą się osoby skorumpowane, przyjmujące koperty chętnie, może nawet według ustalonego cennika, oraz milcząca większość złożona z ludzi porządnych, którym opinię psują ci pierwsi.

?apówki nie są jednak tym, o czym chciałem napisać. Zrobię więc unik i nie wdam się w dywagacje na temat wyższości prywatnego nad państwowym i relacji pomiędzy łapówką, a ceną ustaloną przez system rynkowy. Pragnę jedynie odnieść się do zacytowanej wypowiedzi. Otóż nie uważam by to, że ktoś podjął dobrowolnie jakiś wysiłek sprawiało, że automatycznie należy mu się wyjątkowy szacunek. Studia medyczne nie są w naszym kraju ustawowym obowiązkiem. Można wybierać spośród dziesiątków kierunków i setek uczelni, od niewiele wartych Wyższych Szkół Tego i Owego, po najlepsze uniwersytety w kraju albo i za granicą. Wybór kariery lekarskiej jest wyborem świadomym (mam nadzieję!), oznaczającym, że młody student godzi się na to, że nie będzie artystą malarzem czy specjalistą od marketingu lub literatury dalekowschodniej. Będzie lekarzem, będzie przesiadywał na nocnych dyżurach, będzie bezpośrednio odpowiadał za czyjeś życie, będzie poddany olbrzymiemu stresowi, a jeśli nie znajdzie zatrudnienia w prywatnej klinice lub nie otworzy własnej, to będzie pracował w placówce publicznej za pensję, która być może rzeczywiście jest równowartością dziennikarskiej dniówki, w co akurat wątpię. Wszystkie te konsekwencje kandydat na medyka bierze na siebie, gdy decyduje się zdawać wstępny egzamin na odpowiedni kierunek.

Niezależnie bowiem od nieuniknionych ciężarów, lekarz to po prostu zawód. Zawód, z którym wiąże się wiele emocji, bo przecież ludzie ci ratują każdego dnia zdrowie i życie milionom osób. Zawód, który wymaga wiele ale daje też, jak sądzę, mnóstwo satysfakcji. Zawód, który ktoś wybrał między innymi dlatego, że chce utrzymać siebie i swoich bliskich. Ludzie w białych kitlach nie są społecznikami. Nie są sługami ogółu ani brygadą błędnych rycerzy, którzy zawsze rzucą w kąt swoje marzenia i pasje, swoje życie rodzinne i towarzyskie po to tylko, by móc uratować kolejną osobę. I to właśnie przez takich lekarzy chcę być leczony. Wolę zaufać osobie, która wykonuje swój zawód dobrze bo daje on jej satysfakcję, a jednocześnie pozwala na życie w zdrowej rodzinie i wśród bliskich osób. Zawód, który zapewnia materialną gratyfikację, dzięki której nikt nie poczuje się oszukany. Nie chcę być leczony przez targanych altruistyczną obsesją Judymów, przez pół-wolontariuszy z podkrążonymi oczami, którzy nie potrafią sprawić sobie najmniejszej choćby przyjemności. Nie chcę czyjegoś poświęcenia za moją sprawę. Chcę wiedzieć, że gdy ktoś nastawia mi wybity staw albo usuwa z mojego organizmu nowotworową tkankę, to robi to bo wie, że mi pomaga ale też zostanie za to wynagrodzony.

Jestem gorącym zwolennikiem podwyżek dla lekarzy bo wiem, że mogliby zarabiać więcej, gdyby rzeczywistość była nieco inna. Przy obecnym kształcie polskiego rynku medycznego, z dominującym sektorem publicznym i niemożnością zrezygnowania z opłacania państwowej opieki, nie wydaje mi się to jednak wykonalne. Przynajmniej nie w stopniu wystarczającym. Obrazu dopłenia fakt, że polskie placówki konkurują o personel z płacącymi nieporównywalnie większe pieniądze odpowiednikami z państw lepiej rozwiniętych. Osobiście nie mam pretensji do lekarzy, którzy wyjeżdząją w poszukiwaniu lepszych wynagrodzeń. Więcej, ja im kibicuję. Podjęli swoje studia i je ukończyli. Przeszli praktyki, zdobyli specjalizacje. Zapracowali na swój sukces. Każdy medal ma bowiem dwie strony. Pierwsza to trudne ale dobrowolne studia i egzaminy zawodowe. Druga to możliwość pracy za granicą i brak jakichkolwiek zobowiązań wobec państwa polskiego. Bycie lekarzem to wybór, jedna z wielu dostępnych ścieżek kariery i nie ma powodu, by personel medyczny traktowany był w sposób specjalny. Nie ma też powodu, by wymagać od niego czegoś więcej ponad to, czego wymagamy od wszystkich innych usługodawców – wykonania dobrej roboty i odebrania stosownego wynagrodzenia jako dowodu wdzięczności.

Komentarze

Komentarz od wo
Kiedy: 19 stycznia, 2007, 0:36

Strasznie strywializowałeś „Ludzi bezdomnych”. Nie mam w domu egzemplarza, ale ZTCP to nie jest tak, że Judym uważa, że „nie można dbać o własne dobro, a jednocześnie czynić dobrze innym”. On przecież próbuje się jakoś ustawić, najpierw otwiera komercyjny gabinet – ale interes kiepsko idzie – a potem pracuje w sanatorium. I tam w końcu odkrywa, że to sanatorium po pierwsze okrada własnych bogatych klientów, bo całe działa na zasadzie jednej wielkiej grandy, a w dodatku wylewając syfy prosto do zbiornika wodnego przyczynia się do wzrostu chorób zakaźnych w okolicy. I kto wie, czy Judym jednak nie łyknąłby żaby, gdyby nie to że jego szef jest totalnym idiotą i chamem, więc Judym w końcu musi mu wygarnąć prawdę o tym calym układzie.

Myślę, że jednak wolałbyś być leczony przez lekarza, który ma zbyt przerośnięty gruczoł sumienia by uczestniczyć w grandzie mającej Ci przynieść szkodę. Wolałbyś go w każdym razie od kutafona gotowego zrobić wszystko dla kasy.

Komentarz od Michał Gancarski
Kiedy: 20 stycznia, 2007, 23:49

Żeromski posłużył mi tylko za wyjście do dalszego pisania i nie był nawet głównym motorem do stworzenia tego wpisu. Po prostu idealnie się wpasował.

Nie uważam, by istniała sprzeczność pomiędzy działaniem na rzecz innych, a działaniem na rzecz własną. Gospodarka rynkowa działa w oparciu o połączenie tych rzeczy. Czy piekarz, od którego kupujesz chleb, piecze go dla dobra społeczeństwa? Nie, on robi to, by utrzymać siebie i swoją rodzinę. Czy kupujesz od niego bo czujesz się zobowiązany? Nie, po prostu akceptujesz ofertę, a musisz jeść. Obaj kierujecie się własnym interesem, a mimo to powstaje dobro wspólne, bo wzajemnie zaspokajacie swoje potrzeby. Gdy kupujesz chleb, zadowolony jest zarówno piekarz jak i Ty. Obaj bowiem dostajecie w tej transakcji więcej niż poświęcacie (wedle subietkywnego wartościowania), inaczej transakcja by się nie odbyła.

Podobnie z lekarzami. Judym nie miał racji. Lekarz dba o swoje dobro gdy pracuje, bo z tej pracy może utrzymywać rodzinę. Jednocześnie ratuje życie innym, którzy tak czy inaczej go opłacają. Nie istnieje też sprzeczność pomiędzy robieniem czegoś z pasji i zarabianiem. Stan, w którym obie rzeczy można pogodzić jest dla mnie stanem idealnym. Czy znasz kogoś wybitnego, kogoś naprawdę dobrego w tym co robi, kto robi to bez przekonania? Kto w to nie wierzy?

Nie sądzę, by dało się przetrwać w psychicznym zdrowiu zapracowując się przy czymś, czego się nie lubi. Sądzę, że to jest właśnie powodem wypalania się ludzi w młodym wieku. Osoba, która kocha robić to, na czym zarabia, może pracować do późnej starości. Spójrz na aktorów. Na Hanuszkiewicza, na Nicholsona, na zmarłą Bielicką.

Przekręciłeś też to, co napisałem. Ja stwierdziłem tylko, że nie chcę być leczony przez osobę, która czuje, że ma wobec mnie misję jeśli mogę być leczony przez kogoś, kto po prostu chce mi pomóc ale też wie, że zostanie wynagrodzony. Wydaje mi się, że uważasz, że istnieje tutaj jakaś sprzeczność. Dla mnie jej nie ma.

Na koniec: problem ścieków jest problemem tzw. efektów zewnętrznych. Ekonomia rozwiązała go, proponując ich urynkowienie. Jedną z implementacji są prawa do emisji CO2, którymi można handlować na rynku międzynarodowym. O problemie efektów zewnętrznych i efektywnej alokacji z pewnością jeszcze napiszę, a już napewno będzie się on przewijał się przez większość tekstów.

Komentarz od wo
Kiedy: 21 stycznia, 2007, 13:17

„Przekręciłeś też to, co napisałem. Ja stwierdziłem tylko…”

Niezupełnie. Stwierdziłeś tylko, że nie chciałbyś być leczony przez Judyma. A że prawdopodobnie w ogóle nie znałeś ksiażki, to opisałeś Judyma na podstawie sekrecji wyssanych z palucha, a nie na podstawie opisu Żeromskiego. Ja nie przekręciłem tego co napisałeś tylko podstawiłem Judyma w miejsce łże-Judyma. Na koniec zapolemizuję z Tobą w tym samym stylu – „Jak napisała Ayn Rand, Gancarski ściemnia”. I Ayn Rand jest tu dla mnie tylko punktem wyjścia a jej słowa idealnie wpasowały się w moją tezę.

Komentarz od Michał Gancarski
Kiedy: 22 stycznia, 2007, 18:53

Ty nie wstawiasz żadnego Judyma zamiast łże-Judyma, Ty robisz coś jeszcze innego. Ustawiasz na ringu kolejnego zawodnika – stereotypowego chciwca, podobnego do któregoś z członków zarządu sanatorium.

Napisałem, że wolałbym nie być obsługiwany przez kogoś targanego poczuciem misji, tylko przez osobę, która będzie skuteczna ze względu na swój profesjonalizm i motywację, w której nie musi być żadnego altruizmu. Stwierdziłem to wyraźnie, co umyślnie ignorujesz albo przeinaczasz w obu swoich komentarzach. W każdym razie nie będę miał lekarzowi za złe tego, że główną jego motywacją jest chęć zarobienia na siebie i swoich bliskich.

„Ludzi bezdomnych” przeczytałem, choć już nie w liceum, a ostatnie kilkanaście stron bardziej przeskanowałem niż uważnie wchłonąłem. Judym z mojego tekstu jest Judymem Żeromskiego, a nie żadną łże-wersją. Przerysowałem go tylko w jednym miejscu i to nawet nie do końca. On przecież miał zapał i cechy społecznika, czuł też, że dobro własne i dobro czyjeś to dwie rzeczy, pomiędzy którymi panował będzie konflikt. Nie jest to dziwne, skoro jego poglądy miały źródła znacznie głębsze i żaden kryształ z niego nie był. Książki mogę dokładnie nie pamiętać ale krótki opis mrocznego kawałka Judymowej duszy solidnie utkwił mi w pamięci. Może dlatego, że idealnie wpasował mi się w stereotyp takich ludzi.

Nie wiem czy to będzie jakiś argument ale wspomniałem o tej dyskusji mojej znajomej – lekarce. Pracowała zarówno w placówkach publicznych jak i prywatnych. Jest dobrym lekarzem ale jest też lekarzem takim, jakiego chciałbym odwiedzić w roli pacjenta. Zarabia na siebie i swoje dziecko i nie ma żadnego poczucia misji, choć lubi swoją pracę i lubi leczyć. Po prostu jest profesjonalistką. Ona również, wyobraź sobie, wolałaby być leczona przez osobę swojego pokroju. Przecież nie ma powodu by sądzić, że typ misjonarza byłby skuteczniejszy.

Tyle ode mnie, myślę że wyjaśniłem co miałem do wyjaśnienia. Oczywiście jako dobry gospodarz zostawiam Ci prawo do ostaniego słowa, łącznie z dalszymi oskarżeniami o nieznajomość tekstów, które wspomniałem :-)

Skomentuj wpis