Wszyscy czytelnicy New York Timesa, którzy nie omijają wstępniaków, mogą dowiedzieć się, że:
- USA posiadają bodaj najlepiej rozwinięty sektor prywatnej dobroczynności na świecie.
- Nie jest to zjawisko pozytywne, gdyż w jego wyniku amerykański rząd, w stosunku do wielkości gospodarki, ma do dyspozycji znacznie mniej pieniędzy niż np. rząd Finlandii (wydatki charytatywne są w Stanach z reguły zwolnione z podatków).
- Negatywnym zjawiskiem jest również to, że pieniądze pochodzące z datków powyżej 1 mln dolarów nie są po prostu rozdawane każdemu według potrzeb, lecz w 44 procentach przekazane zostały instytucjom zajmującym się szkolnictwem wyższym, w 16 procentach podmiotom związanym z medycyną, 12 procent zaś wsparło sztukę i kulturę.
- Kolejnym powodem do zmartwienia jest fakt, że darczyńcy przekazują swoje pieniądze na cele bliskie ich sercu.
- Państwowa administracja wydaje pieniądze efektywniej od ich właścicieli gdyż, cytuję, "wydatki publiczne alokowane są demokratycznie pomiędzy konkurującymi zastosowaniami". Myślę, że autor pominął pewien fakt. Organizacje charytatywne również konkurują o pieniądze bogatych darczyńców. Dodatkowo nie zauważył, że "demokratyczna alokacja", czyli polityczna walka o środki, które nie należą do decydentów i których właściciele utracili wpływ na sposób ich wydawania, jest sama w sobie mocno problematyczna, zwłaszcza w kontekście takich słów jak "efektywność".
Jako uzupełnienie proponuję inny artykuł z NYT, poświęcony nowej klasie superbogaczy, która w USA ma się nad wyraz dobrze. Jedni ich kochają, inni nienawidzą, dla mnie są przede wszystkim czynnikiem decentralizującym amerykański obieg gospodarczy, a także efektem i reakcją na rosnącą federalizację Stanów.
Rejestracja w portalu NYT jest bezpłatna, więc nie ma co się martwić o jej mandatoryjność.