Do zjawiska emigracji zarobkowej zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Temat ten jest regularnie przerabiany przez media, które piszą albo o kolejnej fali wyjazdów albo o skutkach zjawiska dla polskiego rynku pracy.
Jeśli wierzyć statystykom (co najmniej kilkaset tysięcy osób, które wyjechały na stałe lub tymczasowo), większość Polaków ma w swoim otoczeniu kogoś, kto emigrował. Wielu z nas posiada więc choćby pośrednią wiedzę, doświadczenie i może opowiedzieć jak to jest pracować w innym kraju, czy to dzięki przeżyciom własnym czy opowieściom znajomych. Nie inaczej jest ze mną.
Pod koniec grudnia miałem okazję uczestniczyć w kolacji, na którą zaproszony zostałem jako osoba towarzysząca. W spotkaniu uczestniczyło ponad 10 osób, z czego większość przyjechała do Polski tylko na okres świąteczno-sylwestrowy i w pierwszej połowie stycznia zamierza wrócić tam, gdzie żyje i pracuje. Jako, że byłem bardzo ciekaw tego jak im się powodzi i co za granicą robią, rad byłem, że chętnie dzielili się swoimi przeżyciami.
Wyjechali nie po to, żeby uciec?
Obraz, który wyłonił się z ożywionej dyskusji był bardzo pozytywny. Rozmawiałem z kilkoma młodymi lekarzami, dobrze zarabiającym pracownikiem jednego z czołowych koncernów naftowych oraz z samodzielnym inwestorem giełdowym. Niektórzy pracują w Anglii, część w Luksemburgu, a jeden z lekarzy przez pewien okres leczył także we Francji.
Pierwszą rzeczą, którą dało się zauważyć było to, że ludzie ci wyjechali nie po to by uciec przed polskim rynkiem pracy czy, by zarobić trochę grosza na przeżycie i wrócić. Oni nie musieli wyjeżdżać, w polskiej rzeczywistości poradziliby sobie bardzo dobrze, niemniej ich wykształcenie, kwalifikacje i doświadczenie zawodowe sprawiało, że mieli wybór. Mogli pracować i tu, i tam, wzięli pod uwagę wszelkie za i przeciw, i podjęli decyzję. W innych krajach czują się bardzo dobrze i doskonale radzą sobie finansowo. Ich umiejętności zostały po prostu docenione, są też równorzędnymi współpracownikami dla zagranicznych kolegów i koleżanek. Budują bogactwo krajów, w których mieszkają, płacą w nich podatki, wzmacniają też swoimi oszczędnościami tamtejsze rynki finansowe. Wyjazd wyszedł na dobre zarówno im jak i społecznościom, które ich przyjęły.
Łatwo domyślić się, że o powrocie póki co nie myślą, bo nie za bardzo mają po co wracać. Tam, gdzie mieszkają teraz wykształcili już sobie grono znajomych, prowadzą regularne życie rodzinne i zawodowe, posyłają dzieci do tamtejszych szkół. Polska, poprzez różnice widoczne w trakcie nieregularnych przyjazdów do kraju, jawi im się jako kraj przedziwny. Pełen ambitnych ludzi, którzy nie wykorzystują szansy na to, by żyć inaczej, na wyższym poziomie. Ludzi dobrze wykształconych lub wykształcenie zdobywających, którzy z jakichś niezrozumiałych powodów nie chcą sięgnąć po nagrodę, która jest na wyciągnięcie ręki. Życie w kraju wysoko rozwiniętym posiada przecież inną jakość. Jeśli ktoś przywozi ze sobą poszukiwane umiejętności, to w zamian otrzymuje nie tylko odpowiednie wynagrodzenie, ale także dostęp do potężniejszego rynku konsumenckiego i inwestycyjnego ze wszelkimi tego zaletami (bogactwem i jakością oferty, niższymi cenami), do usług publicznych na wyższym poziomie czy urzędników, którzy zamiast utrudniać, starają się przynajmniej nie przeszkadzać pomimo tego, że nadal są urzędnikami. Zmiana jakości życia odczuwalna jest w wielu wymiarach, nie tylko gdy patrzy się na środki na koncie.
Prawdziwy obraz emigrantów
Nie chciałbym być źle rozumiany. Nie próbuję powiedzieć, że ci, którym się tak dobrze powodzi, to miarodajny obraz polskiej emigracji. Przeciwnie, to tylko niewielki jej wycinek, kolejny obrazek w zbiorze wielu tysięcy innych. Wszystkie te jednostkowe przypadki składają się jednak na pewien całościowy obraz. Obraz, który niekoniecznie musi się różnić od tego, który widzimy w naszym kraju. Przecież w Polsce również są osoby, które zarabiają niewiele i wykonują mało popularne prace oraz takie, którym dzięki swojemu wysiłkowi udaje się wybić ponad przeciętność. Pod tym względem emigranci nie są inni, zmieniają się jedynie punkty odniesienia. Dla mnie opisywana kolacja była przede wszystkim źródłem motywacji, zachętą do tego by spróbować pójść śladem moich rozmówców, odpowiednio się przygotować i w pewnym momencie bez kompleksów wyjechać nie po to, by wykonywać jakąś prostą pracę, ale by szukać jej tam, gdzie szukają jej specjaliści z innych krajów. Innymi słowy - by mieć większy wybór.
Co jest potrzebne? Przede wszystkim doświadczenie i znajomość języka. Wykształcenie jest ważne, ale nie wszędzie jest kluczowe, zwłaszcza, że obywatele UE mają dość szerokie możliwości studiowania za granicą, szczególnie w krajach bardziej otwartych na imigrantów jak Wielka Brytania. Oczywiście jeśli ktoś chce być lekarzem lub architektem, będzie musiał przejść proces formalnej certyfikacji, rozpoczynającej się od studiów wyższych i zakończonej zdobyciem specjalizacji czy uprawnień niezbędnych do wykonywania zawodu.
To nie emigracja
Przede wszystkim chodzi jednak o to, by zdjąć z "pracy za granicą" resztki zasłony tajemniczości, by wyjazd do Szwajcarii, Belgii, Niemiec czy Anglii traktować dokładnie tak jak traktuje się przeprowadzkę z jednego miasta do drugiego. Zamiast myśleć o "emigracji" czy "wyjeździe", mieć w głowie obraz zwykłych przenosin wiążących się z kilkoma dodatkowymi formalnościami i pewnym wysiłkiem niezbędnym do tego by zaaklimatyzować się w nieco odmiennej kulturze.
Bardzo często przecież okazuje się, że prawdziwym problemem nie są czynniki obiektywne tylko sposób myślenia, który przeszkadza w dostrzeżeniu oczywistych szans.
(Tekst po raz pierwszy ukazał się w serwisie Wiadomości24)
Komentarze: 26
1 Michał Burek // 05 stycznia 2008 o godzinie 11:03
Wydaje mi się, że obecny obraz emigracji kształtowany jest głównie przez tych którzy zostali, albo tych którym się nie udało za granicą. Kształtuje go polski rząd, któremu oczywiście zależy żeby podatki wpływały do kasy w naszym kraju, kształtują ci, którzy czekają tu na swoich bliskich lub starają się za wszelką cenę utrzymać słabnące więzi z tymi, którzy wyjechali. Ułomni patrioci, którzy nigdy nie byli za granicą i nie rozumieją, że można miło funkcjonować w innej kulturze, też mają na ten obraz wpływ. Widzimy w telewizji informacje o obozach pracy, o przestępstwach popełnionych przez Polaków, o tych którzy koczują na ulicy bo nie stać ich na powrót.
Ale to są złe nowiny, które jak zawsze się lepiej sprzedają. Wiadomości takie jak o Polish City Club zdarzają się zdecydowanie rzadziej.
A co do weryfikacji zawodowej architektów - kończąc WA w Krakowie otrzymuje się oprócz dyplomu polskiego również certyfikat RIBA, czyli Royal British Institute of Architects, który jest respektowany nie tylko na wyspach.
Poza tym po to jesteśmy w UE żeby mieć wybór.
2 softmat // 06 stycznia 2008 o godzinie 13:51
Nie dotyczy to wszsytkich zawodów. W szczególności kariera naukowa rządzi się trochę innymi prawami, bo tu nie tylko zarobki są ważne. Możliwość prowadzenia określonych badań naukowych, możliwość autopromocji, nawiązywania kontaktów itd. też są bardzo ważne.
3 Michał Gancarski // 06 stycznia 2008 o godzinie 16:03
@Michał Burek
Polish City jest właśnie tym co dobre gdy przychodzi mówić o Polakach za granicą. Nie tylko zresztą o Polakach, tego typu pomoc wśród imigrantów jest powszechna np. w USA. Niestety, początki były ciężkie. W trakcie pierwszych okresów obecnego pędu ku wyspom sporo Polaków nacięło się na pseudopośredników, tracąc szanse i pieniądze.
Jeśli chodzi o kwalifikacje architektów i ich uznawanie za granicą, to mogę tylko powiedzieć, że się cieszę :-) Takie mechanizmy działają też np. w przypadku polskiej matury, która jest honorowana przez brytyjskie uczelnie jako element weryfikacji dla kandydatów na studia. Nie wiem czy przez wszystkie ale podejrzewam, że tak. Zapewne istnieje odpowiedni wymóg.
@softmat
Ale konkretnie co w moim tekście nie dotyczy pracy naukowej? Zawsze na wybór wpływać będzie wiele czynników (zarobki, możliwość rozwoju, klimat, kultura) ale najważniejsze by ten wybór sobie dać. Kraje zachodnie chętnie zdolnych polskich naukowców by przyjęły (i przyjmują). USA również.
4 softmat // 06 stycznia 2008 o godzinie 16:59
Do tego fragmentu był mój komentarz:
"Pierwszą rzeczą, którą dało się zauważyć było to, że ludzie ci wyjechali nie po to by uciec przed polskim rynkiem pracy czy, by zarobić trochę grosza na przeżycie i wrócić. Oni nie musieli wyjeżdżać, w polskiej rzeczywistości poradziliby sobie bardzo dobrze, niemniej ich wykształcenie, kwalifikacje i doświadczenie zawodowe sprawiało, że mieli wybór. Mogli pracować i tu, i tam, wzięli pod uwagę wszelkie za i przeciw, i podjęli decyzję."
Otóż w przypadku naukowców, to wielu jednak ucieka przed polskim rynkiem pracy, i by zarobić trochę grosza. Oczywiście, że mogą pracować i tu, i tam, ale na zupełnie różnych warunkach. Na przykład, pensje dobrych naukowców są często w stosunku 1:1 PLN:EURO, a koszty życia na zachodzie nie są wcale tak wysokie jak to się niektórym wydaje. Możliwość auopromocji też jest MZ nieporównywalna. Trochę się szamoczę. Chodzi mi o to, że jest też taka grupa osób, dla których nie ma dużego wyboru, ale przeprowadzka nie stanowi żadnego problemu. Podałem przykład naukowców, cięzko mi wymysleć jakiś inny zawód. To nie była krytyka twojego wpisu, raczej jego rozwinięcie.
5 Michał Gancarski // 06 stycznia 2008 o godzinie 18:07
@softmat
OK, teraz rozumiem. Myślałem, że coś niejasno napisałem. Miałem na myśli przede wszystkim to, że dla takich ludzi istnieje wybór, choć to nie jest tak, że płace nie mają znaczenia. Po prostu - wybierasz bo możesz.
BTW, troszeczkę Ci się blog rozjechał (napis "Singapur" schodzi na dół, na treść, wyjeżdżając z ramki). Tak przynajmniej jest w Firefoksie 2.0.X.
6 softmat // 07 stycznia 2008 o godzinie 01:56
Mozna to jakoś sprawdzić bez instalacji Firefoksa?
7 Michał Gancarski // 07 stycznia 2008 o godzinie 07:48
@softmat
http://browsershots.org/ - to chyba najlepszy sposób. Możesz sobie wygenerować zrzuty z wielu przeglądarek i systemów.
8 Michał Burek // 07 stycznia 2008 o godzinie 21:50
Co do naukowców, to mimo wszystko dla nich motywacja jest pozytywna - idą do przodu i to jest ich wybór. Może perspektywy są dla nich w Polsce marne ale kieruje nimi to, co mogą osiągnąć, a nie głównie to, czego chcieliby uniknąć.
9 Michał Gancarski // 08 stycznia 2008 o godzinie 00:36
Nie wiem czy "Polityka" nadal prowadzi akcję "Paszportów Polityki" ale mieli tam kategorię przeznaczoną dla młodych ludzi nauki, doktorantów i doktorów. Pamiętam, że o ile ich wypowiedzi były dość stonowane, o tyle odbijała się w nich często tęsknota za lepszymi możliwościami wykorzystania potencjału, który drzemał w laureatach. Nie jestem jednak właściwą osobą do tego by się wypowiadać w kwestii układów panujących na polskich uczelniach. Z każdej strony dostaję jednak sygnały, że nie są to relacje zdrowe i że system nie sprzyja osobom wyrywającym się przed szereg, służąc w dużej mierze utrzymywaniu ludzi, którzy już niczego ciekawego w swojej dziedzinie nie pokażą, czy to jako badacze czy też w roli wykładowców. Konserwatyzm i ostrożność mogą być dobre w dziale rachunkowości spółki giełdowej ale nie w nauce.
10 softmat // 08 stycznia 2008 o godzinie 02:15
Dobrym przykładem patologii na polskich uczelniach był ten przypadek z grantami europejskimi, po które mało kto się zgłosił, a w końcu nie przyznano ich nikomu z Polski, ZTCP.
Mam paru znajomych co porobili doktoraty na dobrych uczelniach, z pełnym zapałem do pracy zaczęli wracać na polskie uczelnie, i ze "na pewno jest coraz lepiej", i ze "całkiem dobrze teraz płacą". Mi sie nawet robiło "smutno" jak widziałem ich po 1-2 latach jak uciekają przed marazmem, stagnacja, obłudą do prywatnych firm. Większość do pracy naukowej juz nie wróci - starcili ten pęd który jest tak potrzebny w karierze naukowej. Najbardziej jednak zawiedli się na sowich byłych promotorach i wykładowcach. Proste, jak tylko ich starzy mentorzy dowiadywali się, ze podopieczni produkują więcej i lepiej od nich w pięc razy krótszym okresie, zaczeli się robić dosyć oschli. Nie ma za co ich winić, w końcu walczą o swoje.
11 Michał Gancarski // 08 stycznia 2008 o godzinie 09:50
Dlaczego nikt nie zgłosił się po granty? Przybliżysz sprawę?
Ssanie ze strony sektora prywatnego widać choćby w finansach przechwytujących młodych fizyków i matematyków. Nie wiem na ile rozwinięty jest w Polsce rynek analizy ilościowej ale tzw. "kwanci" potrzebni są wszędzie tam, gdzie istnieje nowoczesny obieg papierami wartościowymi. Szkoda, że ludzie, o których pisałeś tracą pęd do rozwoju naukowego. Nie chodzi mi tutaj o polską gospodarkę tylko o naukę w ogóle. W końcu zasobem ostatecznym i jedynym jest tak naprawdę ludzka pomysłowość.
12 softmat // 08 stycznia 2008 o godzinie 10:36
Mozna o tym poczytać tutaj:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80355,4708655.html
Część dyskusji przeniosła się na NFA (http://www.nfa.alfadent.pl/) i na blog naukowy GW:
http://blognaukowy.blox.pl/html
Najśmieszniejsze są zarzuty, ze krytyki dopuścil się naukowiec pracujący za granicą. Jakby się nie wili i nie skręcali to nie zmieni to faktu, ze nikt z Polski nie dostał grantu.
Parę smaczków:
"Z Polski przeszły zaledwie trzy wnioski (na 50 złożonych). [na 9167 wniosków!- softmat] Co więcej, żaden z trzech polskich finalistów nie zamierza pracować we własnym kraju, lecz w innych państwach UE. Tak więc żaden polski naukowiec z polskiego instytutu czy wyższej uczelni nie przeszedł nawet pierwszego etapu konkursu ERC."
"Naukowcom z kraju nad Wisłą po prostu nie chciało się nawet przygotowywać tych wniosków. Świadczy o tym to, że Polski nie wykazano również w tabeli liczby wniosków przeliczonych na tysiąc pracowników naukowych. "
"Z tego wszystkiego wynika, że polscy podatnicy będą finansować badania naukowe na Cyprze, w Izraelu, we Francji czy w Wielkiej Brytanii, nie będą natomiast finansować badań naukowych w Polsce. "
13 Michał Gancarski // 08 stycznia 2008 o godzinie 21:12
Ciekawy fragment:
"(...) Prezes PAN Michał Kleiber, który z ramienia Polski jest członkiem ERC, usprawiedliwił to w tym samym czasopiśmie niskimi pensjami dla pracowników naukowych oraz niskimi nakładami na naukę. (...)"
Czy dobrze rozumiem, że niskie (tego nie wiem, tak twierdził pan Kleiber) nakłady na naukę spowodowały, że nikomu nie chciało się ruszyć po pieniądze? Dlaczego pachnie mi to absurdem?
Z drugiej strony paradoks może być pozorny - jeśli w polskiej nauce pieniądz trafia głównie do zabezpieczających swoje status quo przeciętniaków, a nie do najlepszych i najpłodniejszych umysłów, to rzeczywiście nie było komu składać wniosków z wartościowymi propozycjami. O ile pieniądz robi pieniądz, o tyle brak umiejętności jego przyciągania mści się cały czas.
Zresztą zrzucanie problemu na niski poziom finansowania jest najwygodniejszą z możliwych wymówek. Słyszeć da się ją nie tylko w kontekście nauki. Co rusz okazuje się, że wydajemy za mało na usługi medyczne, na policję, na tamto i owamto. Niestety rzadko kto wspomina o efektywności wykorzystania dostępnych środków, a przecież jej pokaz otrzymaliśmy właśnie w konkursie ERC.
14 Michał Gancarski // 08 stycznia 2008 o godzinie 21:38
Właśnie czytam odpowiedź na artykuł Cezarego Wójcika, pióra prof. Przemysława Urbańczyka:
http://www.gazetawyborcza.pl/1,75476,4708664.html
Szczerze mówiąc, jest ona dość osobliwa:
"(...) W tekście Cezarego Wójcika doskwiera mi brak refleksji nad przyczynami i sugestii naprawy. (...)"
Czy to ma znaczyć, że pomysł na naprawę ma podsunąć ta sama osoba, która ponoć nie potrafi dostrzec niuansów w układach rządzących polską nauką?
"(...) Na pewno praprzyczyną obecnej mizerii jest wprost skandaliczny poziom finansowania polskiej nauki. (...)"
Jak zwykle chodzi więc o pieniądze. Autor co prawda przedstawia specyfikę środowiska naukowego i chore mechanizmy, które w nim działają ale robi to tylko po to by znów powrócić do kwestii wymiaru finansowania. Moje pytanie brzmi: co z biznesem? Co z zamówieniami ze strony prywatnych firm? Dlaczego otwierają one w Polsce własne centra badawcze (pokazując, że popyt na innowacje generowane w tym kraju istnieje), a jednocześnie polskie środowisko naukowe nie wydaje się na tym zapotrzebowaniu korzystać?
Być może jest to inny rodzaj zapotrzebowania, być może rzeczywiście braki w wyposażeniu i infrastrukturze sprawiają, że uczelnie nie mogą zaoferować wiele jako centra innowacji ale czy to rzeczywiście jest kwestia wielkości środków płynących z budżetu? Czy wlanie w istniejący system dodatkowych pieniędzy poprawiłoby sytuację? Przecież ludzie funkcjonujący w ramach chorych układów są w stanie zmarnować dowolne fundusze. Jeśli nie potrafią wykorzystać tysiąca złotych to dlaczego mieliby wiedzieć co zrobić z milionem?
15 softmat // 09 stycznia 2008 o godzinie 05:42
"Czy dobrze rozumiem, że niskie (tego nie wiem, tak twierdził pan Kleiber) nakłady na naukę spowodowały, że nikomu nie chciało się ruszyć po pieniądze? Dlaczego pachnie mi to absurdem?"
To jest standardowa odpowiedź polskiego naukowca #1.
" jeśli w polskiej nauce pieniądz trafia głównie do zabezpieczających swoje status quo przeciętniaków, a nie do najlepszych i najpłodniejszych umysłów"
No właśnie moja teza jest taka, ze nie jest to mozliwe, o ile ma się zwyczajny support od swoich przełozonych. Jeśli takiego supportu nie ma, to faktycznie pieniądze trafią nie do najlepszych lecz do przeciętniaków publikujących sporo, ale za to kiepsko.
"Właśnie czytam odpowiedź na artykuł Cezarego Wójcika, pióra prof. Przemysława Urbańczyka"
Niestety bardzo często granicą krytyki polskiej nauki i polskich naukowców wydaje się być zwykły list do redakcji codziennej gazety. Cezary Wójcik zwyczajnie opier...ił za fatalne wyniki konkursu ERC. Odpowiedzią jest jak zwykle SOPN#1. Przeciez jest w Polsce trochę dobrych naukowców publikujących w dobrych czasopismach naukowych, mających szerokie kontakty z instytucjami naukowymi za granicą. Są to zazwyczaj ludzie młodzi (naukowo), po czterdziestce, którzy spędzili rok-dwa za granicą, władający angieslkim na tyle, ze pozwala to im pisać samodzielnie prace naukowe (i podania o granty!). Niestety obecny stan rzeczy nie pozwala im wiele zdziałać. MZ gdyby ich bardziej motywowano (profesor), pozwalano wykazać się większą inicjatywą (administracja uczelni) pare rzeczy ruszyłoby do przodu.
"Co z zamówieniami ze strony prywatnych firm?"
To MZ prowadzi niestety do patologii na polskich uczelniach. Jak juz, to powinny to być normalne granty na prowadzenie badań, za które uczelnia moze zatrudnić doktoranta lub technika i opłacic koszty eksploatacji urządzeń. W zadnym wypadku nie powinny się z tym wiązać jakiekolwiek bezpośrednie wynagrodzenia ze strony firmy dla pracowników uczelni.
Jeśli chodzi o przemysł to moje podejście sprowadza się do twierdzenia ze zadaniem naukowców nie jest tylko i wyłacznie prowadzenie badań. MZ naukowcy powinni zapewnić, ze zdobyta wiedza zwróci się społeczeństwu z nawiązką. Jestem zdania, ze naukowcy powinni wykazywać inicjatywę w patentowaniu, zakładaniu spin-offów, prowadzeniu badań dla firm, etc. Oczywiście mam na myśli taką "naukę stosowaną", nie Nauke przez duze "N".
16 Michał Gancarski // 09 stycznia 2008 o godzinie 10:02
"(...) To MZ prowadzi niestety do patologii na polskich uczelniach. Jak juz, to powinny to być normalne granty na prowadzenie badań, za które uczelnia moze zatrudnić doktoranta lub technika i opłacic koszty eksploatacji urządzeń. W zadnym wypadku nie powinny się z tym wiązać jakiekolwiek bezpośrednie wynagrodzenia ze strony firmy dla pracowników uczelni. (...)"
Nie bezpośrednio dla pracowników, bo to nawet byłoby dość dziwne (to tak jakby klient salonu samochodowego przelewał pieniądze na rachunek obsługującego go sprzedawcy). Niemniej w biznesie istnieje jakieś zapotrzebowanie na innowacje, a nie wszystkie firmy otworzą własne laboratoria. Może rektorzy polskich uczelni mają w sobie zbyt mało przedsiębiorczej weny? A może blokują ich przepisy albo zniechęca sposób finansowania szkolnictwa wyższego? Pojedynczy pracownicy jakoś sobie radzą, np. ekonomiści prócz prowadzenia wykładów i zajęć sporządzają dla przedsiębiorstw analizy i raporty jako doradcy.
"(...)
Oczywiście mam na myśli taką “naukę stosowaną”, nie Nauke przez duze “N”.
(...)"
Przyznam, że jako nienaukowiec nigdy nie rozumiałem tego rozróżnienia. Przecież produkty, których używamy, zawierają w sobie właśnie tę "prawdziwą" naukę.
17 softmat // 09 stycznia 2008 o godzinie 14:10
"Nie bezpośrednio dla pracowników, bo to nawet byłoby dość dziwne "
Kiedy ja kończyłem studia, to nawet 50% pensji pracowników naukowych pochodziło właśnie z takiego źródła, z tzw. fuch.
Nie wiem jak to jest w przypadku ekonomistów, ale w przypadku naukowców na kierunkach ścisłych to zlecenia z zewnątrz mogą byc zazwyczaj wykonywane wyłącznie w ciagu dnia na uczelnianym sprzęcie. (przynajmniej jeśli chodzi o inzynierię materiałową).
Dlatego taki uprzedzony jestem.
18 Michał Gancarski // 09 stycznia 2008 o godzinie 15:00
No właśnie, mówisz więc o zleceniach wykonywanych prywatnie przez naukowców, a nie przez uczelnie, choć często na uczelnianym sprzęcie. Myślę, że trafiliśmy w sedno, bo zjawisko to jest paradoksalnie pozytywnym objawem.
Jeśli firmy zgłaszają zapotrzebowanie na usługi osób z dorobkiem akademickim, a jednocześnie po stronie podaży kadra naukowa potrafi te zlecenia wykonywać i to w dziedzinach, jak mi się wydaje, sprzęto- i kapitałochłonnych, takich jak inżynieria materiałowa, to znaczy że istnieje wyposażenie, które do pewnego stopnia umożliwia współpracę pomiędzy biznesem i uczelniami przy badaniach i rozwoju.
Problemem muszą być więć rozwiązania instytucjonalne. Musi istnieć czynnik, który sprawia, że uczelnie jako podmioty nie przejmują tego rynku dla siebie, pozostawiając go własnym pracownikom i przymykając oko na to, że wykorzystują oni sprzęt swojego pracodawcy do prywatnych celów. Co to może być? Moim pierwszym strzałem byłby system finansowania. Większość pieniędzy uczelnie otrzymują z budżetu i z czesnego od studentów studiów zaocznych i wieczorowych. Być może łatwiej jest utrzymać się z tych środków niż próbować zarobić dodatkowo na rozwijaniu projektów badawczych dla przemysłu.
Oczywiście współpraca biznes-katedra istnieje, czego przykładem w inżynierii jest AGH albo, ogólnie, organizowane na wielu uczelniach targi pracy. Powinna się jednak rozwijać znacznie lepiej, na co dowodem są wspomniane prywatne zlecenia dla konkretnych pracowników. Nie można też nie wrócić do układów panujących na uczelniach i sposobu dochodzenia do tytułu doktora. W Polsce ktoś, kto dąży do bycia doktorem musi przeprowadzać zajęcia choćby był kiepskim wykładowcą. Nie ma wyraźnego podziału na talenty badawcze i dydaktyczne z osobnymi ścieżkami kariery naukowej. Dodatkowo, wprowadzenie ściślejszych związków z biznesem uderzyłoby w osoby przeciętne i naukowo bezpłodne, które jednak dopracowały się wygodnej posady. Prowadzenie projektów badawczych nastawionych na praktyczne rezultaty i wyniki rynkowe wiąże się z natychmiastową weryfikacją umiejętności i dorobku. Pojawiłyby się naciski na zróżnicowanie płac w światku akademickim tak, by osoby przynoszące uczelniom większe profity z tytułu współpracy z biznesem były zachęcone do dalszej pracy także finansowo.
Bliższy kontakt gospodarki z uczelniami owocowałby po prostu tym, że mechanizmy rynkowe zaczęłyby przenikać przez ściany katedr, naruszając spokój i równowagę dotychczasowego systemu.
19 softmat // 10 stycznia 2008 o godzinie 02:58
Moim zdaniem podaz jest naprawdę duza. Z tym nie ma zadnego problemu. I to nie tylko w przypadku inzynierii materiałowej, ale dotyczy to tez informatyki, biotechnologii, chemii, budownictwa lądowego i morskiego, i wielu innych.
"Powinna się jednak rozwijać znacznie lepiej, na co dowodem są wspomniane prywatne zlecenia dla konkretnych pracowników."
No właśnie ja tak nie uwazam. To powinno być załatawiane przez "górę" uczelni. To uczelnia wypłacałaby pensje pracownikom, a pieniądze otrzymane od firmy przeznaczałaby tylko i wyłącznie na badania, czyli do kasy zespołu badawczego. Wynagrodzenie dla pracownika, któremu by taki kontrakt udało się załatwić, wzrosłoby porprzez wysokie bonusy na koniec roku. W ten sposób i wilk syty i owca cała. Firmy mają z kim podpisywać kontrakty bez potrzeby proszenia kogoś o zrobienie czegoś na boku. Pracownicy poprzez bonusy są motywowani do nawiązywania kontaktów z firmami. Wreszcie cała grupa badawcza otrzymuje część kasy na niektóre wydatki np. na technika obsługującego maszynę, odczynniki, materiały biurowe, moze jakiś soft potrzebny do analizy danych itd. Zmusi to tez MZ sefów zespołów badawczych do motywowania swoich zdolnych pracowników. W końcu wyniki pracy będzie mozna opublikować, a to z kolei podnosi prestiz grupy, łatwiej jest o granty itd.
"Pojawiłyby się naciski na zróżnicowanie płac w światku akademickim tak, by osoby przynoszące uczelniom większe profity z tytułu współpracy z biznesem były zachęcone do dalszej pracy także finansowo."
Podobne do tego co napisałem wyzej.
"Bliższy kontakt gospodarki z uczelniami owocowałby po prostu tym, że mechanizmy rynkowe zaczęłyby przenikać przez ściany katedr, naruszając spokój i równowagę dotychczasowego systemu."
Ok, ale jak nie będzie dobrego zarządcy to nic z tego nie wyjdzie, bo wystarczy, ze szef zespołu świstka nie podpisze (bo ma to gdzieś, bo się boi o posadę, bo chce mieć natychmiastowy zysk w gotówce). Tu gdzie pracuję, jeśli okazało by się, ze instytut starcił kontrakt z firmą przez takie zachowanie, to taki pracownik starciłby pracę w kilka godzin, z banem do końca zycia dla pracy w jakiejkolwiek firmie państwowej. Wysokie stołki na uczelnaich powinny być zajmowane przez doświadczonych ekonomistów, z wysokimi pensjami, gdzieś na poziomie prezesów duzych firm państwowych.
20 Michał Gancarski // 10 stycznia 2008 o godzinie 23:05
Hm, odnoszę wrażenie, że nie do końca się zrozumieliśmy, bo ja pisałem właśnie o tym, że coś blokuje rozwiązania, które proponujesz. Myślę, że firmy wolałyby mieć wsparcie całego działu badawczego uczelni niż pojedynczych pracowników działających na nie swoim sprzęcie.
Jeśli chodzi o zarządzanie - może zamiast myśleć o uczelniach w kategoriach dużych firm państwowych należałoby raczej zastanowić się, czy nie powinny być dużymi firmami prywatnymi? System finansowania studiów dałoby się dostosować do takiego modelu. Nie wiem jaki dokładnie status mają teraz uczelnie państwowe ale przekształcenie ich w spółki prawa handlowego byłoby jakimś startem. Tak jak to robi się ze szpitalami.
21 softmat // 11 stycznia 2008 o godzinie 02:17
"Hm, odnoszę wrażenie, że nie do końca się zrozumieliśmy, bo ja pisałem właśnie o tym, że coś blokuje rozwiązania, które proponujesz. Myślę, że firmy wolałyby mieć wsparcie całego działu badawczego uczelni niż pojedynczych pracowników działających na nie swoim sprzęcie."
Ja w sumie pisałem to samo, tylko moze jakoś pokrętnie.
To ja moze powiem jak to jest organizowane przez niektóre uczelnie na Zachodzie. Do konkretnego szefa zespołu badawczego zgłasza sie firma, która chciałaby zlecić jakieś badania. Szef po upewnieniu się, ze badania mają sens, będą mogły zostac opublikowane, i będą dodatkiem do tego co się robi juz w zespole, spotyka się z przedstawicielem firmy i podpisują "nondisclosure agreement". W tym momencie firma opowiada o szczegółach badań jakie mają zostać przeprowadzone. Szef decyduje czy ma na to czas, pracowników itd. Zaczynają się negocjacje odnośnie ilości pieniędzy potrzebnych na badania lub na zatrudnienie nowego pracownika, co w przypadku tych uniwerków na kótrych pracowałem oznacza zatrudnienie doktoranta. Jak wszsytko jest ustalone, szef wysyła papiery do administracji uczelni, która przekłada to prorektorowi zajmującemu się kontaktami z biznesem. Tam następuje cała seria negocjacji odnośnie IP, publikacji, NDA, raportowania, RA i innych. Te negocjacje są dosyć trudne dla kogoś kto nie mial z takimi rzeczami do czynienia. Od tego sa fachowcy od IP, ekonomiści itd. Po otrzymaniu pozytywnej opinii i podpisania kontraktu szef moze zacząć szukać pracownika lub oddelegowuje kogoś innego, o ile badania są związane z tematyką pracy doktorskiej tej osoby.
"Jeśli chodzi o zarządzanie - może zamiast myśleć o uczelniach w kategoriach dużych firm państwowych należałoby raczej zastanowić się, czy nie powinny być dużymi firmami prywatnymi?"
Powinny. I to bez zadnych zwolnień z podatków itp. I bez przywilejów. Ale pytanie ile byłoby roboty odnośnie zmian w ustawach? Obawiam się, ze opór środowiska będzie tak duzy, ze te 4 lata pomiędzy wyborami to za mało. Ale się nie znam. Wczoraj wysłałem list do znajomego pracującego na UJ. Poniewaz pracował tez na uczelniach poza Polską, ciekawy jestem co ma do powiedzenia.
22 Michał Gancarski // 11 stycznia 2008 o godzinie 12:19
Dzięki za rozjaśnienie. Czy mógłbyś ewentualnie podzielić się tutaj jakimiś spostrzeżeniami z listu od znajomego? Oczywiście tymi, które byłby skłonny wypowiedzieć publicznie, związanymi z tematem i nie narażającymi w żaden sposób jego anonimowości.
23 softmat // 15 stycznia 2008 o godzinie 09:12
Oto odpowiedź znajomego:
"Co do sytuacji naukowej w Polsce, to postaram sie napisac wkrotce cos wiecej, ale poki co krotki komentarz.
Moim zdanie jest znacznie lepiej niz przed kilku laty, ale nie ze wzgledu na zwiekszone finansowanie z budzetu (pensje stoja od kilku lat), ale na zwiekszone mozliwosci wspolpracy (wiecej programow grantowych zagranicznych i krajowych), troche wieksza otwartosc przemyslu na wspolprace itp.
Oczywiscie wiele zalezy od miejsca, szefa i ogolnej atmosfery pracy (no i od wlasnej aktywnosci).
Kilka zdan o ERC, bo tez tam skladalem proejkt (wychodzi na to ze bylem jednym z tych 50-ciu tylko skladajacych z Polski).
Niestetyt nie mam za dobrego zdania o sposobie oceniania tych projektow - nie dlatego, ze moj przepadl (moim zdaniem byl najlepszy z tych ktore do tej pory napisalem), ale dlatego, ze przepadl pomimo entuzajstycznych ocen recenzentow. System jest taki, ze oceniaja recenzenci, ale na koniec decyzje podejmuje jakis panel "uczonych", ktorzy wcale nie musza sie kierowac do konca recenzajmi. I tak wiele decyzji jest narodowosciowo-politycznych - zobacz sklad paneli (tylko kilkoro Polakow i ludzi z "bloku wschodneigo") i rozklad panstwowy przyznanych grantow.
Oczywiscie jest to wina nas samych (minister ), ze nie ma odpowiedneij liczby przedstawicieli w panelach, ale coz ja mam na to poradzic.
Mimo wszystko nie zrazam sie tym i probuje dalej. Bedziemy cos pisac z gosciem z Bath do FP7, mamy napisany z Norwegami do tzw. Programu Norweskiego i inne. Sa inne ciekawe granty na gruncie krajowym"
No niestety nie wyjaśnia to dlaczego tak mało osób złozyło granty, chyba ze część naukowców ma podejście typu "ech, po co, i tak nie przejdzie"...
24 Michał Gancarski // 15 stycznia 2008 o godzinie 13:15
OK, dzięki wielkie. Z jednej strony optymistycznie (są jakieś ruchy oddolne) z drugiej okazuje się, że instytucja mająca odpolitycznić system przyznawania pieniędzy nie do końca jest odpolityczniona. Nie jest to aż takie dziwne; jeśli pieniądz nie jest prywatny, to sposób jego wydawania może być inny niż to idealistycznie zakładano. Ostateczny kształt instytucji dysponującej środkami do rozdystrybuowania jest przecież określany poprzez proces polityczny.
25 Przemek // 22 stycznia 2008 o godzinie 15:59
Co do "kwantów" - to raczej nie są u nas potrzebni (może poza ubezpieczeniami). Działka, którą się zajmują jest centralizowana stąd raczej ściąga się ich do City.
A co do samej emigracji - pisałeś, że poznani przez Ciebie emigranci nie mają po co wracać. Na szczęście jest też i odwrotna sytuacja. Mi już raczej nie chce się wynieść tam - zarobki porównywalne a możliwości i wyzwania zawodowe oraz niespodzianki są w naszym kraju nieporównywalnie większe. Tam już zostajesz (nawet na wyższym szczeblu) trybikiem w dobrze działającej maszynie - tu masz szanse zrobić coś po swojemu.
26 Michał Gancarski // 22 stycznia 2008 o godzinie 16:11
"(...)
A co do samej emigracji - pisałeś, że poznani przez Ciebie emigranci nie mają po co wracać. Na szczęście jest też i odwrotna sytuacja. Mi już raczej nie chce się wynieść tam - zarobki porównywalne a możliwości i wyzwania zawodowe oraz niespodzianki są w naszym kraju nieporównywalnie większe.
(...)"
To już zależy od modelu jaki Ci bardziej odpowiada. Wiadomo - młodszy kapitalizm to większe pole do popisu dla osób z przedsiębiorczą duszą, choć też nie do końca (ciekawe jak jest w UK z pozyskiwaniem finansowania z funduszy VC/PE). Z drugiej strony dla lekarza czy architekta praca w roli dobrze opłacanego specjalisty to kusząca perspektywa. Liczą się też inne czynniki - ludzie, ustrój polityczny, ogólna jakość życia. Dużą szansą dla Polski są z pewnością osoby, które mogłyby chcieć wrócić i wykorzystać tu zdobyte za granicą doświadczenie. Co jednak z tego, skoro wrócą do tego samego grajdołu, z którego wyjechali? Ten kraj ma nieprzerwane problemy ze wykorzystaniem swojego potencjału. Przecież Polacy za granicą to olbrzymi kapitał ludzki, zyskujący na jakości i gotowy do użycia.
Skomentuj artykuł