Ekonomia obfitości

O rzadkości zasobów i o tym jak sobie z nią radzimy

System braku systemu

10 stycznia 2008
Autor: Michał Gancarski
Komentarze: 8 (RSS z komentarzami)

Słowo "system" implikuje szereg skojarzeń i wskazuje na konkretny sposób rozumowania. Myśląc "system", mamy najczęściej na myśli rozwiązanie całościowe, skoncentrowane, podlegające silnej centralizacji jeśli chodzi o zarządzanie.

Poszczególne jego elementy mają ze sobą współdziałać, a ostateczna implementacja swoim zasięgiem powinna obejmować cały obszar, po którym się porusza. Jeśli system ma dostarczyć usługi medyczne - to w każdym zakątku kraju. Jeśli stworzyć standard programu nauczania - to obowiązkowy dla wszystkich szkół.

Tego typu konotacje zyskują na sile gdy w grę zaczyna wchodzić polityka, państwowa administracja, urzędnicy, parlamentarzyści, ministrowie. Wszyscy oni symbolizują zbiurokratyzowany mechanizm, działający pod kontrolą formalnych, precyzyjnie określonych procedur, a także nieformalnej, trudnej do ogarnięcia siatki towarzyskich i służbowych powiązań i wpływów.

Nic więc dziwnego, że wszelkiego rodzaju systemy i polityka tak często się przeplatają. Politycy lubią centralizację bo daje im ona większą władzę, a po nią przecież chcą sięgnąć. Mówią więc o rozwiązaniach całościowych, systemowych, lubią tworzyć ministerstwa do spraw tego i owego, marzą im się instytucje duże i potężne. Cierpiąc na instytucjonalną bigoreksję chcą czerpać profity i rozdawać przywileje swoim ulubieńcom. Chcą skupić w swoich rękach jak największą część tortu by móc decydować o tym komu i jaki kawałek zostanie odkrojony.

Ale patrząc na to z drugiej strony

Mamy więc system edukacji sterowany przez odpowiednie ministerstwo wspomagane przez kuratoria. Mamy też system opieki medycznej, także z własnym ministerstwem i dominującym państwowym ubezpieczycielem. Na drugim biegunie istnieje jednak rynek - silnie zdecentralizowany, dynamiczny proces twórczej destrukcji. On również rozdaje przywileje, również karze i wynagradza, tworzy skoordynowane rozwiązania i jest polem współpracy i walki o wpływy. Bierze swój niejednorodny i ciągle zmieniający się tort, odkrawa wybrane przez siebie kawałki i rozdziela je pomiędzy swoich uczestników w sposób kapryśny i nieprzewidywalny. Jeśli już tworzy systemy - to lokalne, mniej trwałe, o granicach płynnych i łatwych do przeniknięcia.

Inny niż w przypadku świata polityki jest też sposób kształtowania się rynku. Jest on sumą ekonomicznych decyzji milionów podmiotów, mniejszych lub większych. Ma swój porządek, własny rodzaj podlegającego ciągłym drganiom i fluktuacjom ładu. Posiada kształt, posiada konsystencję. Jest tworzony przez ludzi ale przez ludzi nie został zaprojektowany. Nikt go nie zaplanował i nikt nie wie jak wyglądał będzie choćby za miesiąc, bo nikt nie wyznacza mu kierunków rozwoju. Instytucje, zamiast trwać i poszerzać swoje wpływy przez dziesięciolecia, potrafią się na nim zawalić w ciągu kilku miesięcy a nawet dni, choćby nie wiadomo jak potężne się wydawały. Nie ma w tym niczego dziwnego - przychylność rynku czyli klientów trudno zdobyć, za to bardzo łatwo ją stracić. Bariery rezygnacji z transakcji są zazwyczaj niskie, w dodatku zawsze pojawić się może lepszy dostawca. Gdy zaproponowana zostanie nam nowa oferta, możemy się na nią zdecydować, porzucając starą. Z usług urzędu skarbowego czy rządowej agencji regulującej jakiś kawałek naszego życia zrezygnować zaś nie sposób - chyba, że wyrwiemy się spod ich wpływów, ustawiając się dobrze w świecie polityki lub decydując się na wyjazd.

Bielizna o dużych rozmiarach

Piszę o tym bo ciągle słyszę o kolejnych reformach. Reformujemy edukację (podstawową, średnią, wyższą), reformujemy usługi medyczne i energetykę. Tworzymy nowe wersje starego, wymyślając kolejne warianty istniejących systemów. W całej tej politycznej debacie brakuje jednak podstawowego pytania - czy w ogóle ich potrzebujemy? Czy dane ministerstwo ma rację bytu? Czy zamiast poruszać się w granicach myślenia politycznego nie powinniśmy wyjść poza nie? Dlaczego język znów zdeterminował sposób w jaki dyskutujemy?

Gdy myślimy o kupnie samochodu, to nie zgłaszamy się do komórki "systemu motoryzacyjnego". Gdy idziemy kupić komputer lub telefon komórkowy - nie dzwonimy do CBE (Centralnego Biura Elektroniki). Nie ma też Państwowej Agencji Odzieżowej odpowiedzialnej za dostarczanie ubrań ani Polskiej Centrali Programistycznej świadczącej usługi na rzecz firm tworzących oprogramowanie. Dlaczego więc tak dziwna wydaje się nam myśl, że powszechnie dostępna opieka medyczna nie zniknęłaby bez Ministerstwa Zdrowia? Że dzieci, na których dobru tak nam zależy, miałyby się gdzie uczyć i rozwijać gdyby nie istniało Ministerstwo Edukacji Narodowej? Przecież te same urwisy mają czym poruszać się do szkoły, mają co jeść i w co się ubrać.

Nasuwają się dwie odpowiedzi: strach i zakorzenione w nas schematy myślenia. Strach jest normalny. Możemy bać się o to, czy damy sobie i dzieciom szansę na dobre wykształcenie i czy będziemy mieli gdzie się udać gdy zdrowie nam zaszwankuje. Poszukujemy więc rozwiązań, które dają poczucie pewności. Myślimy o systemach - dużych, potężnych, uporządkowanych procedurami i narzuconymi standardami. Z drugiej jednak strony o to czy będziemy mieć dach nad głową i ciepłą kurtkę w szafie również się martwimy, a jednak wizja utworzenia urzędu dostarczającego ubrania, których potrzebujemy albo też Narodowego Funduszu Deweloperskiego budującego mieszkania i domy, które kupujemy lub wynajmujemy, wydaje się być osobliwa i trudna do przełknięcia.

Prawdziwa odpowiedź musi więc być powiązana z naszym sposobem myślenia. Z jakichś względów jedne dziedziny naszego życia życia potrafimy oddać we władanie rynkowego żywiołu, inne zaś chętniej przekazujemy państwu, stwierdzając, że to ono powinno się nimi zajmować. Pozostaje więc zadać ostatnie pytanie: na jakich przesłankach opieramy się wybierając szalę, na której położymy kamyczek?

(Tekst, w wersji nieco zmienionej, po raz pierwszy ukazał się w serwisie Wiadomości24)

Tematy: Państwo i polityka · Teoria

Komentarze: 8

  • 1 skx // 11 stycznia 2008 o godzinie 11:04

    Ja wiem, że wstęp ma na celu tylko zbudowanie atmosfery przed wnioskiem i opisuje Twoje upodobanie dla wolnego rynku, wciąż jednak brakuje mi przykładów, choćby wielkiego przedsiębiorstwa zmiecionego w kilka miesięcy.

    Zdaję sobie sprawę, że ciężko o taki przykład, bo upadającego kolosa zazwyczaj wesprze macierzyste państwo -- Fiat musi trwać bo tysiące miejsc pracy itd -- lub samo jest częściowo sprawcą jego upadku, jak Enronu, gdzie państwowi funkcjonariusze wyzamykali szefów...

    Chciałem napisać w tym miejscu, że mimo wszystko chciałbym takie przykłady odnaleźć w tekście, ale w rzeczywsitości chciałbym je odnaleźć właśnie dlatego, że ciężko byłoby mi zrobić taki research (nieładne wtrącenie) samodzielnie.

    Pozdrawiam,
    skx

  • 2 skx // 11 stycznia 2008 o godzinie 11:05

    Znów obcięło mi enter. Której wordpressowe zabezpieczenie zbyt agresywnie traktuje nowe linie :)

  • 3 skx // 11 stycznia 2008 o godzinie 11:07

    Któreś*... sorki za śmiecenie.

  • 4 Michał Gancarski // 11 stycznia 2008 o godzinie 11:48

    "(...)
    Ja wiem, że wstęp ma na celu tylko zbudowanie atmosfery przed wnioskiem i opisuje Twoje upodobanie dla wolnego rynku
    (...)"

    Nie do końca. Tematem przewodnim są schematy myślenia i kryteria, wedle których społeczeństwo wybiera formę dystrybucji usług w danym sektorze. Pisząc "społeczeństwo wybiera" mam na myśli ogólne podejście, dominujące u większości przeświadczenie dotyczące jakiejś branży.

    To jest w zasadzie tekst o logice zbiorowych decyzji. O ile moje poglądy są dość jasne (mogłem przecież spytać: skoro oddajemy państwu policję, to czemu nie produkcję skarpetek), o tyle naprawdę chciałbym się dowiedzieć czegoś na temat pewnej schizofrenii, którą wykazujemy w myśleniu o gospodarce. Czy edukację i usługi medyczne traktujemy specjalnie bo są w jakiś sposób odmienne, czy też zostaliśmy tego nauczeni? W przypadku tych dwóch dziedzin nie da się przecież przeprowadzić sensownego wywodu o usługach publicznych i problemie gapowicza, tak jak można by to zrobić choćby w przypadku obrony przed agresją z zewnątrz czyli dla usług świadczonych (?) nam przez armię.

    "(...)
    wciąż jednak brakuje mi przykładów, choćby wielkiego przedsiębiorstwa zmiecionego w kilka miesięcy.
    (...)"

    Barings Bank, Campeau Corporation, Parmalat. Świetny temat do potraktowania w osobnym wpisie. Dodałem już do draftów. Niestety, ich liczba drastycznie rośnie, co oznacza, że muszę przestać czytać wiadomości bieżące :-)

    Oczywiście "zmiecenie" nie oznacza, że ślad po przedsiębiorstwie ginie, że zostaje po nim czarna dziura. Upadłość jest zazwyczaj kwestią kilku dokumentów opisujących zmianę struktury właścicielskiej czy dotyczących sprzedaży poszczególnych aktywów. Sprzęt, nieruchomości, znaki towarowe - w pakiecie przejmuje to jeden konkurent albo też zostają wyprzedane po kolei.

    Uwaga ogólna: być może trudno w to uwierzyć ale ten blog nie ma być po prostu tubą dla moich poglądów. Nie potrzebuję go do tego by się w nich utwierdzać, przecież to byłoby głupie. Jeśli zadaję pytanie, to wolałbym żeby nie było traktowane jako retoryczne. Mogę czegoś bronić z perspektywy swoich przekonań ale cały czas bliski jest mi podział na ekonomię normatywną i pozytywną. Ekonomiści na poziomie analitycznym różnią się między sobą w niewielkim stopniu. Niezależnie od tego czy ktoś prywatnie sympatyzuje z lewicą czy prawicą, zgodzi się np. co do konkretnych efektów podwyższenia płacy minimalnej. Różnice pojawią się dopiero przy próbie odpowiedzi na pytanie "czy te efekty są akceptowalne czy nie?".

    Hm, kolejny dobry temat na osobny tekst.

    P.S. Dawaj podwójny enter. To chyba nie jest żadne zabezpieczenie, to po prostu tak działa. Albo nowy akapit albo kontynuacja starego. W razie czego możesz poprosić mnie o odpowiednie wyedytowanie komentarza, w końcu jestem tutaj panem i władcą na krańcu Internetu.

  • 5 Michał Gancarski // 11 stycznia 2008 o godzinie 12:52

    Jeszcze odnośnie pytań i odpowiedzi. Pewną inspiracją jest tu dla mnie blog Davida Friedmana (http://daviddfriedman.blogspot.com/), na którym autor często dzieli się ledwie zarysami rozumowania i argumentacji po to, by budować ją dalej wraz z czytelnikami.

    Wiadomo, że młody (OK, jest po 60-tce) Friedman jest w swoich przekonaniach bardziej wolnorynkowy od sławnego ojca ale sposób myślenia, który prezentuje nie jest odmienny od tego, który znaleźć moża byłoby u osób o zupełnie innych poglądach za to również zajmujących się ekonomią.

  • 6 skx // 11 stycznia 2008 o godzinie 13:36

    "To jest w zasadzie tekst o logice zbiorowych decyzji. O ile moje poglądy są dość jasne (mogłem przecież spytać: skoro oddajemy państwu policję, to czemu nie produkcję skarpetek), o tyle naprawdę chciałbym się dowiedzieć czegoś na temat pewnej schizofrenii, którą wykazujemy w myśleniu o gospodarce. Czy edukację i usługi medyczne traktujemy specjalnie bo są w jakiś sposób odmienne, czy też zostaliśmy tego nauczeni?"

    To ciekawe czy większy wpływ miała idea "wyrównywania szans" czy PRL-owska telewizja. W każdym razie, nawet bardzo liberalne podejście zakłada istnienie np. bonów oświatowych, czyli wciąż pewną formę odmiennego traktowania edukacji

    Co do schizofrenii, nie możesz nie zauważyć, że opieka zdrowotna to pole wyraźnie wyróżnione względem innych. Ze względu na to, że zaspokaja bardzo podstawową potrzebę (psychologicznie: bezpieczeństwa) oraz wymaga ogromnych nakładów finansowych. Każdy z nas może sobie wyobrazić, że potrzebuje operacji serca i zdaje sobie sprawę, że taka operacja to dziesiątki, jeśli nie setki, tysięcy złotych. Na dodatek, przeciętny człowiek zna dane znacznie zawyżone względem cen, jakie sam musiałby zapłacić, bo w mediach dużo częściej można usłyszeć o zbiórce pieniędzy dla chorej Moniki na operację w Stanach niż ceny w polskich szpitalach.

    To połączenie powoduje, że wielu ludzi nie jest pewnych czy w warunkach wolnorynkowych poradzili by sobie z zaspokojeniem tej podstawowej potrzeby dla siebie i swojej rodziny. Znów zaczyna działać wyobraźnia. Bardziej trafia do niej umieranie na progu szpitala dla bogaczy niż w kolejce do zabiegu.

    "W przypadku tych dwóch dziedzin nie da się przecież przeprowadzić sensownego wywodu o usługach publicznych i problemie gapowicza, tak jak można by to zrobić choćby w przypadku obrony przed agresją z zewnątrz czyli dla usług świadczonych (?) nam przez armię."

    Nie wydaje mi się, żeby logiczna spójność była motywacją przeciętnego wyborcy. Nawet trzeciorzędną.

    "Barings Bank, Campeau Corporation, Parmalat. Świetny temat do potraktowania w osobnym wpisie. Dodałem już do draftów. Niestety, ich liczba drastycznie rośnie, co oznacza, że muszę przestać czytać wiadomości bieżące :-)"

    Wiadomo, "robienie w ideach", zamiast analizowania konkretnych przypadków jest atrakcyjniejsze dla piszącego. Także sorki, za to domaganie się przykładów.

    *Komentarz ten, w całości, nie jest poparty żadnymi badaniami.

  • 7 Michał Gancarski // 12 stycznia 2008 o godzinie 11:31

    PRLu bym do tego nie mieszał. Istnieją przykłady krajów z byłego bloku wschodniego, w których rynek wygląda inaczej. Czesi płacą teraz z własnej kieszeni za podstawowe rzeczy, jak pobyt w szpitalu czy wizyta u lekarza. Z drugiej strony kraje, które u siebie komunizmu nie zaznały (dla przykładu: Kanada) potrafią mieć systemy typu single payer.

    Kanada jest dla nas ciekawym przypadkiem o tyle, że przy podobnym do polskiego sposobie organizacji rynku medycznego i nieporównywalnie wyższych wydatkach na jednego mieszkańca nie pozbyła się problemów spotykanych u nas, takich jak długie okresy oczekiwania na zabieg. Wskazuje to na strukturę systemu jako na przyczynę problemu i pozwala zapomnieć o brakach w finansowaniu, na które ciągle narzekają lekarze z publicznych placówek czy urzędnicy z NFZtu bezradnie rozkładający ręce. System typu single payer zawsze będzie niedofinansowany, ta cecha jest konsekwencją samej jego koncepcji. Skoro nie istnieje efektywny mechanizm racjonowania, to pula dostępnych usług ulegnie szybkiemu wyczerpaniu.

    Jeśli chodzi o podejście społeczeństwa do rynku medycznego, to te same strachy, o których piszesz, mogą się przecież pojawić choćby w przypadku mieszkania. "A co jeśli nie będzie mnie stać na kredyt hipoteczny?". Wydaje mi się, że dobrze zidentyfikowałeś przyczyny ale ja bym pogrzebał jeszcze głębiej.

    Operacje i usługi medyczne są drogie nie dlatego, że drogie być muszą. Ich ceny to pochodna naszego sposobu myślenia, który kieruje nas ku ubezpieczeniom zamiast ku własnemu portfelowi. Istnieją przecież fragmenty rynku, które pokazują, że nie należy bać się prywatyzacji. Mówię o weterynarii (zarówno na wsiach jak i w miejskich klinikach dla zwierząt domowych), chirurgii plastycznej i stomatologii. Wszystkie one przeżywają rozkwit charakterystyczny dla pozostałych fragmentów gospodarki. Jakość się podnosi, konkurencja działa, pojawia się coraz większy wybór, następuje cenowa segmentacja. Gdzie tkwi różnica? W przypadku każdej z tych dziedzin płacimy z własnej kieszeni, a pacjent posiada znacznie większy wybór co do dostawcy i kontrolę nad przebiegiem wykonywania usługi.

    I tutaj mała dywagacja:

    Finansowanie większości usług z polis (czy to dostarczanych prywatnie czy przez organizacje typu NFZ) powoduje, że rynek zalewany jest pieniędzmi znajdującymi się poza bezpośrednią kontrolą płacącego. Płatnikami są firmy ubezpieczeniowe, co zmienia całkowicie kształt efektywnego popytu. Pacjenci nie myślą o cięciu kosztów (bo nie płacą bezpośrednio), więc dostawcy w mniejszym stopniu konkurują cenami samych zabiegów, a w większym np. wysokością abonamentów. W ten sposób działa większa część światowego rynku, co z kolei wpływa na sposób działania dostawców sprzętu, leków i reszty infrastruktury. Skupiają się oni na jakości i skuteczności swoich produktów ale o efektywności cenowej myślą w mniejszym stopniu.

    Nie chcę się za bardzo wypuszczać na obszar, którego dobrze nie zbadałem ale wydaje mi się, że różnica pomiędzy płaceniem poprzez polisę i z własnej kieszeni zasadza się na dystrybucji ryzyka. Wiadomo, że chorób nie planujemy i że są to przypadki do pewnego stopnia losowe (do pewnego, bo na własne zdrowie mamy jednak duży wpływ). Skoro tak, ktoś to ryzyko musi ponieść. Możemy przejąć je na siebie i płacić bezpośrednio, możemy jednak przenieść je na inne podmioty (firmy ubezpieczeniowe). W drugim jednak przypadku łącznie zapłacimy więcej, bo musimy wynagrodzić ubezpieczycielom niepewność, która wiąże się z branżą, w której działają. Skoro więc cały rynek wydaje więcej, to automatycznie droższe stają się wszystkie usługi - konkurencja pomiędzy pacjentami podbija ceny. Efekt jest taki jak to opisałem w poprzednim akapicie.

    Rozwiązanie? Takie jak w innych dziedzinach - za usługi, które możemy płacić, płacimy sami (np. z oszczędności i kapitału zgromadzonego poprzez inwestycje), polisy wykupujemy zaś tylko w celu finansowania zabiegów skomplikowanych, by w razie czego uniknąć finansowej ruiny. Takie podejście wymaga jednak zmiany sposobu myślenia. Musielibyśmy, jako ogół, przestać traktować polisę medyczną jako metodę na całkowite odizolowanie się od kosztów leczenia i sprowadzić ją do jej właściwego zadania czyli zabezpieczenia w sytuacji kryzysowej.

    Polecam:
    http://www.econtalk.org/archives/health/index.html

    "(...)
    Wiadomo, “robienie w ideach”, zamiast analizowania konkretnych przypadków jest atrakcyjniejsze dla piszącego. Także sorki, za to domaganie się przykładów.
    (...)"

    Ja się cieszę, że męczysz mnie o przykłady. Właśnie tej łatwości (by nie powiedzieć - łatwizny) skupienia się na samych ideach chcę unikać.

  • 8 » Trzeci filar to coś więcej « Ekonomia obfitości // 13 stycznia 2008 o godzinie 14:13

    [...] uwaga w pewien sposób wiąże się z tekstem o systemach i naszym sposobie myślenia. Jak widać, nawet doradcy finansowi z firmy o ugruntowanej na rynku pozycji potrafią przestawić [...]

Skomentuj artykuł