Wyrazów rozpoczynających się od litery “l” jest wiele. “Lalka”, “lakoniczny”, “lotnia”, “lekarz” i tak dalej i tak dalej. Największą karierę w tej kategorii zrobił chyba “liberalizm”. Dla jednych słowo to oznacza dyktat pieniądza i społeczny darwinizm (czymkolwiek miałby on być), dla innych jest synonimem wolności i obywatelskich swobód. Używane jest też w wielu znaczeniach, czasem bliższych swoim leseferystycznym korzeniom, innym razem zaś jako określenie poglądów nowoczesnej lewicy, jak w przypadku amerykańskiej Partii Demokratycznej.
Wygląda na to, że ów definicyjny bałagan negatywnie wpływa na polskich publicystów. W krótkiej notce informacyjnej zamieszczonej w portalu Dziennik.pl pan Bartłomiej Bajerski pisze:
(…)
Ale pracodawcy mają jeszcze więcej pomysłów dotyczących naszego urlopu. Postulują, żeby nie wliczać czasu nauki i studiów do stażu wpływającego na długość przysługującego nam wypoczynku. Jaki byłby tego efekt? Liczba dni urlopu zmniejszy się, głównie dla młodych pracowników.
Kolejny pomysł Konfederacji “Lewiatan” to przywrócenie funkcjonujących w PRL przepisów, dających prawo pracodawcy do odszkodowań za porzucenie stanowiska pracy przez pracowników.
Związkowcy z OPZZ zapowiadają, że te propozycje przejdą po ich trupie. Ale pracodawcy dostali już wsparcie szefa sejmowej komisji “Przyjazne państwo” Janusza Palikota z Platformy Obywatelskiej.
Ciekawe jest to, że jedną z twarzy Konfederacji “Lewiatan” jest Henryka Bochniarz, która startowała w wyborach prezydenckich jako kandydatka LiD. LiD - to lewica, a propozycje “Lewiatana” są zdecydowanie liberalne i nie mają z lewicowością nic wspólnego.
Odnoszę wrażenie, że autorowi nie chodziło o “liberalizm” lecz o “lobbing”, czasem dla niepoznaki zwany “konsultacjami społecznymi”. Co prawda oba słowa zaczynają się od tej samej litery ale to jeszcze nie oznacza, że są tożsame. Sytuacja opisana przez pana Bajerskiego nie jest elementem sporu o zawartość liberalizmu w gospodarce - to nic innego jak walka, którą toczą między sobą dwie grupy interesów próbujące nagiąć dla swoich celów proces legislacyjny poprzez wykorzystanie kontaktów ze świata polityki.
Rozwiązaniem liberalnym, w klasycznym znaczeniu tego słowa, byłoby drastyczne zmniejszenie ilości przepisów regulujących rynek pracy i danie jego uczestnikom większej swobody w formułowaniu porozumień, które między sobą zawierają, także jeśli chodzi o kwestie urlopowe. Państwu pozostałoby pełnienie funkcji arbitra w ewentualnych sporach dotyczących podpisanych umów i kontrola nad wypełnieniem swoich postanowień.
Postulatem liberalnym w ogólności jest aparat państwowy silnie ograniczony, niewielki, posiadający jedynie kilka podstawowych kompetencji, z którymi dobrze sobie radzi. Zaliczają się do nich zachowanie porządku wewnętrznego, ochrona własności obywateli i postanowień podpisywanych przez nich porozumień oraz obrona na wypadek agresji z zewnątrz. Lobbing zaś to lobbing, niezależnie od tego kto się do niego ucieka. Jest on zjawiskiem z samej definicji nieliberalnym gdyż swą atrakcyjność zawdzięcza istnieniu aparatu politycznego, który skupia w swoich rękach zbyt wielką władzę.
Warto jeszcze wspomnieć, że “Lewiatan” reprezentuje ogół pracodawców w stopniu takim samym co OPZZ ogół pracowników, czyli niewielkim. Obie te organizacje istnieją przede wszystkim dla zapewnienia korzyści ich własnym członkom i błędem jest utożsamianie tego co mówią ich przedstawiciele ze zdaniem całych grup społecznych, których głosem chciałyby się mienić.
Komentarze: 4
1 skx // 06 luty 2008 o godzinie 20:41
Nie “lobbing” lecz “lobbying” od “wycierać korytarze” tudzież “czatować w holu” ;) Czatować oczywiście na kogoś, a nie — nowomodnie i internetowo — z kimś.
Umowa o pracę musi być natomiast ustandaryzowana. Rząd i tak pozwala na wiele godząc się na różnej wysokości pensje.
2 Michał Gancarski // 06 luty 2008 o godzinie 20:59
Długo zastanawiałem się, którą wersję wybrać. Wiem od czego pochodzi “lobbying” ale zauważyłem, że wersja bez “y” zaczyna się upowszechniać jako spolszczenie (patrz: polska Wikipedia). Z tego samego powodu piszę “menedżer”. Niech sobie będzie.
Zróżnicowanie płac wprowadza niepotrzebny bałagan do systemu, który mógłby być uporządkowany i stabilny. Korzyści z wyrównania wynagrodzeń wydają się oczywiste, wystarczy zastanowić się nad oszczędnościami, których można byłoby dokonać na poziomie obsługi działów HR. Brak kosztownych negocjacji płacowych, mniej papierkowej roboty, tańsza administracja. Niższe koszty czyli wydajniejsza gospodarka.
Korzyści społeczne również dałyby o sobie znać. Przede wszystkim zakończyłoby się ocenianie ludzi na podstawie wysokości zarobków. Nie byłoby kłopotliwych rozmów przy stole (”a wiesz, że Robert dostał podwyżkę?”, “co z twoim awansem, mieliśmy pojechać na wczasy!”), atmosfera w pracy również byłaby lepsza. Myślę, że to dobry pomysł, trzeba nadać mu tylko nazwę. Narodowy Fundusz Płac?
3 skx // 06 luty 2008 o godzinie 22:54
Nie śmiałbym wątpić, że nie wiesz od czego pochodzi “lobbying”. Tylko wersja z “y” lepiej podkreśla miejsce lobbysty — w “lobby”. Słowem, przytrollowałem sobie w oczekiwaniu na innych komentatorów.
Powszechny Zakład Zarobków proponuję, a można by go połączyć z ZUS-em w Powszechny Zakład Dochodów i Reasekuracji.
ps. Widziałem, że na bblogu podebrałeś podtytuł Bastiatowi :)
4 Michał Gancarski // 07 luty 2008 o godzinie 00:50
Powszechny Zakład Dobrobytu.
Podtytułu nie podebrałem tylko ordynarnie ukradłem. Nie tylko Bastiatowi zresztą ale i Hazlittowi, który w “Ekonomii w jednej lekcji” rozwinął sposób rozumowania Bastiata w całkiem niezłą publicystykę opartą o ekonomię klasyczną.
Skomentuj artykuł