Przypuśćmy, że jakaś firma, np. sklep internetowy, spodziewa się corocznego nawału zamówień przed świętami Bożego narodzenia. Co robią jej właściciele?
Z jednej strony zachęcają potencjalnych klientów specjalnie przygotowanymi na ten czas ofertami ("tańsze płyty na gwiazdkę", "zapakuj swój prezent w świąteczny papier"), z drugiej robią wszystko by wzmożony ruch został obsłużony bez większych wpadek. Biura pracują dłużej, a internetowe łącza mają zapas przepustowości, dzięki któremu serwis internetowy przetrzyma atak Internautów znajdujących się w stanie zakupowej gorączki. Tego typu działania widoczne były w tym roku w całym handlu. Salony EmPiku były otwarte dłużej niż normalnie, Media Markt w niedzielę 23 grudnia działał do północy, a w niektórych sklepach prezenty można było kupić jeszcze w wigilijne południe.
Święta minęły i choć część upominków nie dotarła do klientów min. w wyniku zbyt niskiej wydajności Poczty Polskiej, handlarze już zaczynają kusić wyprzedażami, które pozwolą na wyczyszczenie magazynów z pozostałości wcześniej zgromadzonych zapasów. Przed nami jeszcze tylko sylwestrowe szaleństwo i będzie można w spokoju wejść w kolejny rok kalendarzowy. Nie wszystkim jednak ten spokój będzie dany, a już z pewnością nie osobom, które nie wymieniły jeszcze dowodów osobistych na nowe.
W wywiadzie udzielonym portalowi Interia.pl przez Wiolettę Paprocką, rzeczniczkę Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji dowiedzieć możemy się, że wniosków o nowy dowód nie złożyło jeszcze 2,5 miliona Polaków, z czego około 1 milion przebywa za granicą. Obywatele mieli stosowne papiery dostarczyć do urzędów przed końcem roku. O tym, że się to nie uda, wiedzą wszyscy zainteresowani.
Pani Paprocka twierdzi, że urzędy są przygotowane na to, by spóźnialskich obsłużyć w ciągu dodatkowego miesiąca. Wnioski przyjmowane mają być jeszcze w styczniu i nawet jeśli ktoś w tym terminie się nie zmieści, to ministerstwo odstąpi od wnioskowania o ukaranie tych osób. Oznacza to, że jedyną konsekwencją dla beztroskich Polaków będzie to, że po 31 marca nie załatwią spraw takich jak założenie konta w banku. Z początkiem kwietnia stare dowody tracą ważność, a jeśli ktoś wniosek złoży dopiero w styczniu, może do tego czasu nie otrzymać nowego dokumentu.
Na kogo wypadnie, na tego bęc
Powstaje pytanie czy odpowiedzialność za obecny stan należy zrzucić na obywateli czy może na urzędników. Odpowiedź wydaje się prosta - Polacy mieli pięć lat na to, by pozbyć się starych dowodów, a mimo to decydują się na to dopiero w ostatnich dniach przed upływem ostatecznego terminu. Dodatkowo, urzędnicy wykazali się pewną dozą wyrozumiałości i zdrowego rozsądku. Nie pozwolą przecież na to, by w którymś momencie kilkaset tysięcy obywateli chodziło po ulicach bez dokumentu tożsamości innego niż prawo jazdy.
W ten sposób mógłbym temat zamknąć i spokojnie zająć się innymi sprawami. Niestety, o ile problem uważam za prosty do rozstrzygnięcia, o tyle odpowiedź, która mi się nasuwa jest zupełnie inna. Uważam, że za bałagan odpowiedzialni są przede wszystkim pracownicy MSWiA oraz ustawodawca i żadną łaską nie jest z ich strony to, że konsekwencje swoich błędów próbują jakoś złagodzić.
Po pierwsze, wymiana dowodu osobistego na nowy nie jest w tym przypadku podyktowana potrzebą wynikającą z życiowej sytuacji obywatela. Wymóg ten narzucony został odgórnie przez urzędników, więc to urzędnicy powinni na bieżąco sprawdzać czy cała akcja ma szansę pójść bez przeszkód i w razie czego uruchomić większą liczbę stanowisk obsługujących zgłoszenia, nawet wynajmując pomieszczenia poza budynkami urzędów i przeszkalając dodatkowych pracowników. Był na to czas, a o zaskoczeniu obecną sytuacją nie może być mowy bo kolejki w urzędach ciągnęły się co najmniej od lipca.
Co się działo w wakacje, tego doświadczyłem na własnej skórze. Kolejny swój dowód, wymieniany po raz wtóry z powodu jednej z licznych przeprowadzek, odbierałem będąc uczestnikiem numerowanej, wirtualnej kolejki, która zorganizowana była prawdopodobnie z inicjatywy pracowników samego urzędu. Dzięki temu mogłem w oczekiwaniu na swoją kolej załatwić inne sprawy by wrócić po dokument o ustalonej godzinie, wyznaczonej z dużą precyzją. Na poziomie jednego urzędu dało się więc kolejkowe uciążliwości złagodzić i to bez zmian w procedurach. Wystarczyła odrobina inicjatywy w obliczu realnego zagrożenia paraliżem całej instytucji.
Po drugie, wyjście awaryjne w postaci nowych stanowisk nie musiało w ogóle być konieczne. Procedury związane z wymianą dowodu są zawiłe i to bez żadnego uzasadnienia. Przykładowo, dokumentów nie można przekazać drogą pocztową, co jest o tyle niezrozumiałe, że urzędy dysponują bazami danych dotyczącymi obywateli i w zasadzie cała operacja mogłaby się odbyć bez udziału samego zainteresowanego. Przykładowo, dowody można było wymieniać automatycznie, zwłaszcza w przypadkach gdy w grę nie wchodziła zmiana miejsca zameldowania, a więc w znakomitej ich większości. Można też było pokusić się o stworzenie harmonogramu kolejnych wymian, obsługując każdego miesiąca kolejną grupę Polaków. Obywatel dostawałby pocztą zawiadomienie, że jego dowód podlegać będzie wymianie w okresie takim i takim i że po ustalonym terminie będzie mógł zgłosić się po nowy dokument. W przypadku osób, które w międzyczasie zmieniły miejsce pobytu, wystarczyło poprosić o przysłanie nowych danych wraz z podpisem. Odpowiedni formularzy rozsyłany byłby do każdej powiadamianej osoby. Jeśli nie zostałby odesłany w odpowiednim terminie, urząd uznawałby, że dane zmianie nie uległy.
Po trzecie, skoro do tej pory tak wiele osób nie wymieniło swoich dokumentów, to należałoby się w ogóle zastanowić nad sensem istnienia czegoś takiego jak dowód osobisty i meldunek. Na tego typu rozważania państwo miało znacznie więcej czasu niż te pięć lat dane społeczeństwu. Dowolny dokument ze zdjęciem (bez danych adresowych, potwierdzający tylko tożsamość) i zgłoszenie adresu do korespondencji w najbliższym urzędzie miasta czy gminy byłyby zupełnie wystarczające. Meldunek jest przeżytkiem, niepotrzebną pozostałością po PRLu, w której jak w soczewce skupia się cały ówczesny sposób myślenia o obywatelu jako osobie poddanej, elemencie systemu, który nad społeczeństwem musi sprawować kontrolę i utrzymywać je w ryzach. Warto też wspomnieć, że obowiązek posiadania dowodu osobistego (tzw. "palcówki") wprowadzony został w listopadzie 1939 roku podczas niemieckiej okupacji, a następnie utrzymany przez powojenne komunistyczne władze. Wcześniej dowód można było posiadać, lecz nie był obowiązkowy. Jaki więc sens jest w utrzymywaniu go teraz?
Państwo dla obywateli
To na ile organizacja całej operacji była po prostu zła, uświadomić sobie można patrząc na problem przez pryzmat liczby zakupionych przez podatników urzędniczych roboczogodzin. Załóżmy dwa scenariusze. W pierwszym liczba godzin pracy urzędników, która została opłacona była wystarczająca by całość poszła gładko i nie zakłócała pozostałych czynności wykonywanych przez urzędy, w drugim zaś godzin tych zakupiono zbyt mało. W obu przypadkach wina osób odpowiedzialnych za rozplanowanie pracy organów administracji publicznej jest ewidentna. Albo dojdziemy do wniosku, że o ile dobrze oceniono zapotrzebowanie na pracę to w sposób nieprawidłowy rozdysponowano ją w czasie (zatrudniając zbyt wielu urzędników trzy lata temu i zbyt mało choćby jeszcze przed miesiącem) albo też stwierdzimy, że ktoś po prostu nie doszacował niezbędnych środków i od początku wprowadzał podatników w błąd.
Czy można coś zarzucić niefrasobliwym obywatelom? Co najwyżej tym, którzy z premedytacją nie pojawią się do poniedziałku w swoich urzędach, bo reszta wywiąże się ze swojej części umowy, stawiając się na miejscu w terminie. Zresztą wina spóźnialskich również jest dyskusyjna, bo niechęć do ponoszenia kosztów nieuzasadnionej operacji narzuconej im przez państwową administrację jest całkowicie zrozumiała. Tu nie chodzi tylko o 30 PLN, które trzeba zapłacić. Największym kosztem jest czas i inne czynniki (benzyna, bilety, nerwy), które trzeba poświęcić, by przejść przez wymaganą procedurę. Dziś kilka godzin, które przeznacza się nie na pracę lecz na wycieczki do urzędów, można bardzo łatwo wycenić. Praca ma wartość i czas ma wartość, o czym urzędnikom zbyt często zdarza się zapomnieć.
Ostatni argument, który można wytoczyć w obronie kotłujących się w kilometrowych kolejkach petentów i przeciwko urzędnikom, jest bezpośrednio związany ze wspomnianymi wcześniej zachowaniami, które charakteryzują prywatne przedsiębiorstwa w okresie wzmożonego zapotrzebowania na ich produkty i usługi. Dotyczy też stosunku państwa do społeczeństwa jako takiego.
Powstaje bowiem pytanie w jaki sposób obywatel powinien traktować urzędy? Czy powinien wymagać od nich wywiązania się z umów i dostarczania towaru dobrej jakości dokładnie tak jak wymaga tego od dostawców prywatnych? Czy powinien traktować państwo jako zestaw firm posiadających terytorialny monopol na pobieranie podatków i używanie aparatu sądowniczo-policyjnego, świadczących mu pewien skoncentrowany strumień usług w zamian za przymusowe daniny naliczane w trakcie gospodarczej aktywności? Myślę, że odpowiedź jest twierdząca. Obywatel w urzędzie powinien czuć się jak klient, a same urzędy tryb swojej pracy dostosowywać do jego potrzeb tak jak EmPik czy internetowe księgarnie dostosowały się do warunków świątecznej gorączki zakupów. Co więcej, istnieje wyraźna przesłanka by uznać, że obywatel od państwa wymagać powinien znacznie więcej. W przeciwieństwie do organów administracyjnych, firmy prywatne stoją w obliczu konkurencji, z którą muszą walczyć, w dodatku ich dochody zależne są od dobrowolnych decyzji konsumentów. Państwo zaś tych ograniczeń jest pozbawione.
Tak naprawdę chodzi o zasadę wzajemności. Skoro państwo posiada bardzo silne atuty w kontakcie z obywatelem, to obywatelowi należy się w zamian gwarancja jeszcze wyższej jakości świadczonych mu usług. Nierealne? Myślę, że tak ale nie o realizm tu chodzi lecz o sposób myślenia. Być może dzięki niemu obywatele przestaną być petentami i nie będą już ponosić kosztów urzędniczej niekompetencji w stopniu tak dużym jak dzieje się to dziś, również w przypadku nieudanej operacji wymiany dokumentów tożsamości.
Komentarze: 2
1 skx // 01 stycznia 2008 o godzinie 18:39
Czemu potraktowałeś nasze państwo tak delikatnie? Podstawowym pytaniem jest: po co nam dowód? Kolejnymi: czy jego posiadania powinno być obowiązkowe i niezastępowalne prawem jazdy czy paszportem, etc. i jeśli tak to czy uzasadnionym jest nałożenie kolejnego podatku. Dopiero gdzieś na sam koniec można się zastanowić jak zorganizować akcję wymiany czy wydania takiego dokumentu.
To niezbyt elegancko reklamować cudzego bloga, ale skorzystam z upadku obyczajów: http://www.galba.net.pl/blog/_archives/2007/12/28/
Pozdrawiam!
skx
ps. Świetnie masz dobrane grafiki w nagłówku i widzę, że pojawiają się nowe. Jak odświażający stronę, tylko w celu zobaczenia wszystkich, nie odbiją się zbyt mocno na rachunkach za hosting, to tak trzymać.
2 Michał Gancarski // 02 stycznia 2008 o godzinie 03:04
"(...)
Czemu potraktowałeś nasze państwo tak delikatnie?
(...)"
Skupiałem się na samej operacji i tym "kto tu jest winny?" Jeśli chodzi o dowód to tak jak pisałem, jakikolwiek dokument potwierdzający tożsamość plus zgłoszenie adresu do korespondencji powinno być wystarczające.
"(...)
To niezbyt elegancko reklamować cudzego bloga.
(...)"
Przeciwnie, według mnie link do artykułu związanego z tematem to kwintesencja blogów i Internetu jako takiego. Przecież to nie spam.
"(...)
ps. Świetnie masz dobrane grafiki w nagłówku i widzę, że pojawiają się nowe. Jak odświażający stronę, tylko w celu zobaczenia wszystkich, nie odbiją się zbyt mocno na rachunkach za hosting, to tak trzymać.
(...)"
Dzięki, choć nie obiecuję, że będę regularnie coś dokładał. Biorę jakiś temat, który kojarzy mi się z nowoczesną gospodarką, szukam darmowych stocków i odpowiednio przycinam. O rachunek za hosting się nie martw, szczerze mówiąc cieszyłbym się gdyby brakło mi transferu!
Skomentuj artykuł