Prywatne szkoły wyższe mają w Polsce kiepską markę. Uznaje się je za przechowalnie dla tych, którzy nie dostali się na studia dzienne oferowane przez uczelnie państwowe albo dla ludzi, którzy chcą w jak najprostszy sposób uciec przed wojskiem.
W dużym stopniu jest to prawda. Takie szkoły nie są w stanie otwierać kierunków, które wymagają dużych nakładów na infrastrukturę. Próżno szukać dobrej, prywatnej uczelni medycznej czy technicznej, a wiele placówek dosłownie żyje z tego, że w Polsce nadal obowiązuje powszechny pobór do wojska i że ucząc się w nich, można się od przykrego obowiązku uchronić.
Wygląda jednak na to, że nadchodzą zmiany. Jak twierdzi płk Cezary Siemion z Ministerstwa Obrony Narodowej, od przyszłego roku obowiązkowa służba zostanie zawieszona, a od 2010 r. polska armia przejdzie na zawodowstwo ((”Pobór do rezerwy” - “Metro”, 6 lutego 2008
http://www.emetro.pl/emetro/1,85648,4906127.html)). Będzie to oznaczać wyraźny przesiew wśród podmiotów prywatnych. Te najsłabsze po prostu upadną.
Nie jest też tak, że przedstawiciele sektora prywatnego pozostają bierni. Przeciwnie, niektórzy z nich od lat starają się zapracować na własną markę, czego przykładem mogą być Krakowska Szkoła Wyższa im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego, rozbudowująca swój kampus o kolejne budynki, stawiająca na kadrę Europejska Szkoła Wyższa im. ks. Józefa Tischnera, a przede wszystkim Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego, z powodzeniem konkurująca z państwowymi uczelniami ekonomicznymi. Wiele wskazuje na to, że ich pozycja będzie rosnąć.
Zmiany na rynku
Uczelnia prywatna źródeł przewagi konkurencyjnej szukać może na wielu obszarach. Studenci mają bardzo różne preferencje, więc sukces uzależniony jest nie tylko od starań o poprawę jakości i poszerzenie oferty edukacyjnej. Liczą się też działania w sferze finansowej (własne systemy stypendiów, kredyty studenckie), rozwoju zawodowego (targi pracy, bliskie kontakty z sektorem prywatnym) i infrastrukturalnej (utrzymywanie własnej lub wynajętej powierzchni mieszkalnej, wprowadzanie rozwiązań takich jak dostępne przez Internet wirtualne dziekanaty).
W dłuższej perspektywie tak samo ważne będzie podejście urzędników z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Mimo, że prywatne podmioty z przyciąganiem studentów radzą sobie dobrze, to nie walczą z placówkami publicznymi na równych zasadach, gdyż dofinansowanie ze środków ministerialnych zarezerwowane jest dla uczelni państwowych. To ma się jednak niedługo zmienić.
6 lutego “Dziennik” opublikował artykuł, w którym opisał nową inicjatywę minister Barbary Kudryckiej. W odpowiedzi na zapytanie wysłane przez gazetę, Kudrycka napisała:
Pracujemy nad rozporządzeniem, ale za wcześnie przesądzać o szczegółach. Ten temat na pewno będzie przedmiotem prac zespołu ekspertów, którzy opracują założenia reformy. Najistotniejsze będzie określenie kryteriów uzasadniających zasady finansowania. ((”Rząd sypnie groszem dla prywatnych uczelni”- “Dziennik”, 6 lutego 2008
http://www.dziennik.pl/polityka/article119629/Rzad_sypnie_groszem_dla_prywatnych_uczelni.html))
Jeśli pomysł ten zostałby zrealizowany, na polskim rynku edukacyjnym nastąpiłaby mała rewolucja. Państwowe uczelnie spotkałyby się z ostrą konkurencją ze strony szkół prywatnych, które mogłyby walczyć o środki z dokładnie tej samej puli dotacji, oczywiście po spełnieniu ministerialnych wymogów. Niewątpliwą zaletą takiego stanu rzeczy byłby większy wybór dla potencjalnych i obecnych studentów. Z dnia na dzień podmioty państwowe stanęłyby przed dużą presją wiedząc, że największy ich atut, czyli możliwość oferowania edukacji nieodpłatnej, przestaje się liczyć. Musiałyby zacząć szukać swoich przewag gdzie indziej, np. stawiając na jakość kadry naukowej czy też przekształcając się w prężne ośrodki naukowej i technicznej innowacji.
Niepewność
Czując nadchodzące zagrożenie, rektorzy państwowych uczelni koncepcję ministerstwa krytykują, powołując się na argument o jakości kształcenia. Wtóruje im Mirosław Handke:
Ze względu na niż demograficzny za kilka lat uczelnie publiczne będą mogły przyjąć wszystkich maturzystów. To dla zdecydowanej większości szkół niepublicznych oznacza koniec egzystencji. Pomysł ich współfinansowania ze środków budżetowych traktuję jako próbę zabezpieczenia własnych interesów ((tamże)).
Były minister edukacji ma z pewnością rację, zwłaszcza w kontekście tego, że Barbara Kudrycka była rektorem Wyższej Szkoły Administracji Publicznej im. Stanisława Staszica w Białymstoku. Należy jednak patrzeć przez pryzmat przewidywanych efektów planowanych przez Kudrycką działań. Trzeba rozwiać mit, że dobro uczelni państwowych jest tożsame z dobrem wyższej edukacji w Polsce. Każdy, kto ma wystarczająco dużo przedsiębiorczej werwy i kapitału powinien mieć szansę na udowodnienie, że jest w stanie dać młodym ludziom szansę na dobre wykształcenie i zawodowy rozwój.
Komentarze: 2
1 Szymon Mazurek // 08 luty 2008 o godzinie 17:57
Wprowadzenie możliwości konkurowania o dotacje państwowe przez prywatne szkoły wyższe wymusza całkowitą zmianę sposoby finansowania studiów. Nie da się jednocześnie utrzymać darmowych studiów w szkołach publicznych i jednocześnie dzielić dotacje pomiędzy wszystkie szkoły. Czas wprowadzić odpłatność za studia (co wcale nie musi oznaczać, że każdy student będzie musiał sam za siebie płacić). A dofinansowanie publiczne powinno być dostępne dla wszystkich szkół w dwóch postaciach: dofinansowanie badań oraz dofinansowanie studiów dla studentów (a nie tak jak jest teraz dla uczelni).
2 Michał Gancarski // 11 luty 2008 o godzinie 07:32
Z Twoim tekstem się zgadzam, podobnie jak z tym co napisałeś powyżej. Jeśli już decydujemy się na współfinansowanie z budżetu studiów bez względu na formę własności uczelni, to najlepszym sposobem wydaje się być bon podążający za studentem. Uczelnie walczyłyby nie tylko o tych, którzy chcą studia podjąć ale też np. o drugoroczniaków, którzy myślą o zmianie uczelni. To pociągnęłoby dalsze zmiany, jak dopasowanie programów tak by w łatwiejszy sposób przejmować studentów z innych uczelni.
Problemem jest, jak zwykle, polityczna rzeczywistość, w której żyjemy. O bonie rozmawiałem już z wieloma osobami i zazwyczaj te, które z pomysłem się zgadzały były przekonane tak czy inaczej. Tutaj wymagana jest zmiana mentalności i duża dawka politycznej wytrzymałości na ataki. Prawdziwym problemem będą nie rektorzy tylko studenci aktualni i potencjalni, którzy stanowią dość znaczącą porcję elektoratu, w dodatku perspektywicznego, bo głosującego po raz pierwszy lub drugi. Już powstało coś, co nazywa się “Inicjatywą Przeciwko Płatnym Studiom” (http://ipps.glt.pl/), a to dopiero początek.
Co ciekawe, rektorzy państwowych uczelni za problem uznają to, co jest największym atutem zarządzanych przez nich placówek czyli zaplecze badawcze i kierunki, których próżno szukać w szkołach prywatnych. Nie ma liczącego się, prywatnego zakładu matematyki czy fizyki jądrowej. Rozumowanie idzie mniej więcej tak: uczelnie prywatne uruchamiają jedynie “tanie” kierunki, więc łatwiej będzie im się utrzymać. Tymczasem kierunki techniczne również silnie przyciągają, a konkurencji prywatnej praktycznie brak, nie licząc informatyki i hybryd takich jak informatyka i ekonometria. Być może molochy takie jak UJ będą musiały nieco przyciąć limity na bardziej egzotycznych studiach ale to w większości będzie przecież spełnienie postulatu rektorów uczelni technicznych - cięciom podlegać przecież będą humanistyczne przechowalnie, których nadmiar aż kłuje w oczy, a które będą miały najsilniejszą konkurencję.
Skomentuj artykuł